Dołączył: 07 Maj 2009 Posty: 11 Eryników: 12 Skąd: Szczecin
Wysłany: Pon Sty 04, 2010 1:11 am Dziedzictwo Harry'ego Pottera - część I: Księżycowy Kamień
Dziedzictwo
Harry’ego Pottera
Część I: Księżycowy Kamień.
Prolog.
Na wyświechtanych, staromodnych fotelach oraz wielkiej, zabytkowej kanapie siedziało kilkanaście osób. Wszyscy opatuleni byli czarnymi płaszczami i pelerynami, które skutecznie maskowały ich twarze. Nikt ze znajdujących się w pomieszczeniu osób nie ośmielił się odezwać, starannie unikając wzroku sąsiadów.
W fotelu, znajdującym się w kącie pokoju, nieobjętym światłem świecy, siedziała osoba osłonięta wszechobecnym mrokiem. Jej rysów twarzy nie dało się dostrzec, jedynie oczy iskrzyły się nienaturalnie w ciemności. Postać ta pierwsza przerwała ciszę, odzywając się spokojnym, płynącym jakby z oddali męskim głosem.
- Więc Czarny Pan zginął z ręki swojego najgorszego wroga. Zlekceważył ostrzeżenia jakie mu dałem, nie posłuchał mojej rady. Zawierzył za bardzo potędze Czarnej Różdżki, a także czegoś, co można było łatwo zniszczyć. Był potężny, ale z moją pomocą byłby niezwyciężony... – w czystym głosie słychać było nutkę rozbawienia - A wy, dzielni śmierciożercy? Przybyliście do mnie, zapewne szukać wsparcia
i pomocy?
- Bellatrix nie żyje, zabiła ją siostra Prewettów, przeklęta zdrajczyni krwi! – odpowiedział jakiś głos z kanapy – Snape zginął z ręki Czarnego Pana, był pachołkiem cholernego Dumbledore’a. Lucjusz też zdradził, odwrócił się od nas i nie pomógł w bitwie. Pozostali... nie wiem, są martwi albo złapani.
- Greyback na pewno nie żyje, widziałem jak zabił go jakiś rudy wilkołak. – dodał inny głos.
- Macnair i Dołohov też zginęli.
- Carrowowie zostali schwytani przez ministerstwo – powiedziała jakaś kobieta.
- Mulciber ... – zaczął inny, ale przerwała mu postać z fotela.
- To nieistotne. Nie żyją, są schwytani, zdradzili nas – najważniejsze jest to, że nie zjawili się teraz, deklarując mi wierność.... Nie są nam potrzebni. Liczy się jedynie, że wy dotarliście. Czy przystajecie na moją propozycję?
- Nie mamy wyjścia – mruknął tubalny głos spod okna.
- Cieszę się. Niech każdy z was podejdzie do stolika, stojącego w kącie koło regału. One same was wybiorą, wyciągnijcie przed siebie dłoń, która ma moc.
Nastąpił mały zamęt, kiedy wszyscy ruszyli do stolika. Wyciągnęli dłonie.
Następowały krótkie błyski, gdy tajemnicze rzeczy wybierały swojego nowego pana. Po chwili każdy dzierżył już nowy atrybut.
- Ostał się jeden jeszcze – zauważył spokojnie mężczyzna, przyglądającego się swojej nowej własności.
- Wiem. Ostatnia osoba już została przeze mnie wybrana. Zgodzi się na pewno, nie będzie miała innego wyjścia... Nie martwcie się tym, prześpijcie się, to była ciężka noc. Od jutra czeka nas ciężka praca, a po jej wykonaniu... coś przepięknego. Dobrej nocy życzę wszystkim.
Trochę to trwało, zanim zebrani się rozeszli, gdyż nikt nie mógł oderwać oczu od otrzymanego przedmiotu, samoistnie jaśniejącego od czasu do czasu. Po udaniu się na górę domostwa ostatniego z maruderów, siedząca w najmroczniejszym zakątku osoba wyczarowała sobie szklankę z napojem, koloru ciemnej czerwieni. Po opróżnieniu szklanki do dna, mężczyzna odłożył ją i rzekł:
- Wszystko idzie zgodnie z planem, Pani.
Otworzyły się ukryte za regałem tajne drzwi, z których wyszła kobieta. Była naga i niezwykle piękna; miała długie, sięgające pośladków, białe, proste włosy, oraz nienaturalnie jasną skórę. Jej zagadkowe oczy budziły w obserwatorach podświadomy niepokój dyskomfort. Miały bowiem kolor napoju, który właśnie wypił siedzący na fotelu mężczyzna. Kobieta uśmiechnęła się, nie pokazując zębów, i zasłoniła okno. Zaczynało świtać.
Rozdział 001.
Wyroki nad Śmierciożercami.
Harry James Potter znajdował się w budynku Ministerstwa Magii. Siedział
w ławach przeznaczonych dla Wizengamotu. Nie przebywał w tym miejscu dobrowolnie, jednak został o to poproszony, jako pogromca Lorda Voldemorta i jeden z głównych świadków przeciw śmierciożercom. Namawiał go do tego sam minister magii i przyjaciel, Kingsley Shacklebolt, wiedząc, że obecności chłopaka jako jednego z oskarżycieli oczekiwał cały świat czarodziejów. Mimo, iż od ukończenia lat siedemnastu był uważany za dorosłego, nie miał prawa wypowiadać się w imieniu Wizengamotu, nie będąc jego członkiem.
W uznaniu jednak za zasługi i faktyczne doprowadzenie do klęski czarodzieja znanego jako Lord Voldemort, jego głos miał mieć ogromne znaczenie dzisiejszego przedpołudnia.
Młodzieniec siedział w ławach za grupą nieznanych mu czarodziejów
z ministerstwa. Obok niego usiedli jego przyjaciele z Hogwartu, po jednej stronie Ginny Weasley, która mocno ściskała go za rękę, po drugiej zaś Hermiona Granger, obserwująca wszystko w skupieniu i w ciszy. Dalej siedzieli pozostali przyjaciele Harry’ego, obok swej dziewczyny usiadł Ron Weasley, zaś koło Ginny Luna Lovegood i Neville Longbottom. Potter rozglądał się po sali, dostrzegając kilka znajomych twarzy. Rodzina Weasleyów usiadła z tyłu w sektorze naprzeciwko członków Wizengamotu, Amos Diggory siedział w pierwszym rzędzie z zaciętą miną, obok niego jego małżonka zachowująca kamienną twarz. Chłopak zdążył dostrzec jeszcze Rubeusa Hagrida, który stał za ławami, pod oknem, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, oraz Dedalusa Diggle z Hestią Jones, siedzących skromnie
w tylnych ławach naprzeciw ławy Harry’ego.
Sala pękała w szwach. Wszędzie tłoczyli się czarodzieje i czarownice chętne zobaczyć proces i upadek śmierciożerców, swych dotychczasowych tyranów. Nie wszyscy jednak mogli dostać się do środka, a zaproszenia otrzymali jedynie wybrańcy od samego ministra – najczęściej poszkodowani lub członkowie ich rodzin. W końcu, gdy już wszyscy usiedli, na salę wszedł niewielki czarodziej, który przedstawił się jako, Stamford Jorkins, rzecznik prasowy Ministerstwa Magii.
Jorkins rozejrzał się po sali i poczekał, aż zgromadzeni ludzie całkowicie się uspokoją. Gdy to się stało, mężczyzna odchrząknął i donośnym, niewzmocnionym magicznie głosem, obwieścił początek rozprawy. Na salę weszło kilkudziesięciu starych czarodziejów
i czarownic, którzy zajmowali powoli przeznaczone im miejsca. Większość ubrana była
w fioletowe szaty z wyhaftowaną, srebrną literą „W” po lewej stronie, część jednak miała szaty czarne i Harry Potter domyślił się, że są to tymczasowi sędziowie. W tej grupie chłopak rozpoznał kilku profesorów – McGonagall, Slughorna i Flitwicka, członka zakonu Elphiasa Doge’a i byłego ministra magii Korneliusza Knota. Wszyscy oni zasiedli za pełnoprawnymi członkami zgromadzenia. Kingsley Shacklebolt, przywitał się z kilkoma starszymi czarodziejami i spoczął w pierwszych ławach Wizegamotu.
Stamford Jorkins rozejrzał się po sali, odchrząknął ponownie i powiedział czystym głosem:
- Przewodniczący Wizengamotu, kawaler Orderu Merlina Pierwszej Klasy, Bedwyr Wisebeard.
Z pierwszego rzędu podniósł się staruszek, wyglądający na jeszcze starszego od Dumbledore’a. Był bardzo niski, miał długą brodę, która dotykała ziemi, oraz gęste, białe włosy. Ubrany był w fioletową szatę, a poruszał się o lasce. Powoli doszedł do podium poniżej pierwszej ławy sędziów i przemówił. Mimo starczego wyglądu, jego głos był zdumiewająco silny.
- Dziś jest szczególny dzień. Mija 33 doba od upadku Lorda Voldemorta (na dźwięk tego nazwiska większość czarodziejów wydała z siebie cichy jęk) i jego sług. Nasi aurorzy, pod przewodnictwem dzielnego Gawaina Robardsa, schwytali większość jego popleczników. Zajmiemy się teraz ich odpowiedzialnością za niegodne czyny. Osądzimy ich zbrodnie i ukarzemy stosownie do win, jakie popełnili. Jednak zanim zaczniemy proces, chciałbym oddać głos nowemu ministrowi magii, panu Kingsleyowi Shackleboltowi, który wygłosi krótką przemowę.
- Dziękuję panu przewodniczącemu – powiedział Murzyn, który zastąpił staruszka na podium, i zaczął przemawiać swoim tubalnym, spokojnym głosem: – Dzisiejszy dzień jest ważny dla nas przede wszystkim dlatego, że wymierzymy sprawiedliwość tym, którzy do tej pory sprzysięgli się przeciw prawu i stanęli po stronie najgorszego przestępcy i mordercy naszych czasów. Jednak nie chciałbym mówić o tym. Mam wam coś do zakomunikowania. Ja, Kingsley Shacklebolt, jako minister magii, członek Zakonu Feniksa i były auror chcę wydać oświadczenie w imieniu wszystkich ludzi dobrej woli. Stwierdzam, dzięki własnym informacjom, a także potwierdzeniom wielu naocznych świadków, że przywraca się godność Regulusowi Blackowi, Syriuszowi Blackowi i Severusowi Snape’owi. Kategorycznie neguje się ich doborwolne związki z Lordem Voldemortem i oddaje im cześć, jako osobom, które utraciły życie przyczyniwszy się do upadku tego podłego czarnoksiężnika. Korzystając z tego miejsca chciałbym oddać hołd nie tylko im. Lord Voldemort zamordował wielu znakomitych i wspaniałych czarodziejów. Prawie trzydzieści lat temu zaczął się terror, który doprowadził do śmierci wielu ludzi. To nie miejsce ani pora by wymienić wszystkich, którzy zginęli z jego ręki. Pamiętajmy, że zamordowano również wielu mugoli, goblinów, skrzatów domowych czy centaurów. Voldemort niszczył podstępnie całe rody. Nie zapominajmy o tragedii rodu Bonesów, którzy mimo cierpień i udręk nie przeszli na złą stronę. Pamiętajmy o tragedii rodu Cottonów, którzy utracili wielu członków swej rodziny. Pamiętajmy o Marlenie McKinnon, którą śmierciożercy zabili wraz z mężem i dziećmi. Pamiętajmy o braciach Prewettach, którzy zginęli walcząc jak bohaterowie. Pamiętajmy o cierpieniu Franka i Alicji Longbottom, którzy byli torturowani przez chorych popleczników Voldemorta. Pamiętajmy o dzielnej Dorcas Meadows, starym aurorze Alastorze Moodym, byłym ministrze Rufusie Scrimgeuorze. Pamiętajmy o tragedii rodziny Bartemiusa Croucha seniora i o tym, co spotkało Floriana Fortescue. Pamiętajmy o Cedricu Diggorym, Dirku Cresswellu, Tedzie Tonksie, Remusie Lupinie, Nymphadorze Tonks – Lupin i Charity Burbage. Pamiętajmy o ostatnich dyrektorach Hogwartu, Severusie Snape,
i najpotężniejszym czarodzieju wszechczasów, Albusie Percivalu Wulfricu Brianie Dumbledorze, którzy oddali życie, by pokonać Voldemorta. Pamiętajmy w końcu
o ofierze Jamesa i Lilly Potterów, których śmierć pomścił ich syn Harry, kończąc bluźniercze panowanie Toma Riddle’a. Nie zapominajmy o wszystkich mugolach torturowanych i zabijanych dla zabawy. Pamiętajmy o innych rasach, które z nami walczyły, by obalić tyrana i razem ginęły. Pamiętajmy o tych wszystkich, wymienionych i nie wymienionych, znanych i nieznanych, których połączyło jedno – zginęli w obronie lepszego jutra, zginęli i cierpieli po to, by ich dzieci i rodziny żyły
w świecie wolnym od terroru, gwałtu i przemocy. Pamiętajmy o tym.
Po tej przemowie Kingsley’a wszyscy wstali i zaczęli bić brawo. W oczach wielu zgromadzonych ludzi można było dostrzec łzy wzruszenia. Rzęsiste brawa trwały przez kilka minut, aż w końcu nowy minister musiał przerwać je zdecydowanym gestem.
- Dziękuję wam wszystkim... ale musimy przejść do kolejnego punktu dnia. Przykry obowiązek osądzenia popleczników Toma Riddle’a przypada właśnie nam. Głos zabierze członek Wizengamot,u występujący w roli oskarżyciela całej społeczności czarodziejów i innych pokrzywdzonych – przewodniczący Warren Edwin Wellington.
Po tych słowach z pierwszego rzędu Wizengamotu wystąpił wysoki czarodziej. Wyglądał na co najmniej lat pięćdziesiąt, był wysoki i chudy. Jego twarz usiana była zmarszczkami i gdzieniegdzie bliznami. Miał krótkie brązowe włosy. Coś w jego postawie, zachowaniu i wyglądzie spowodowało, że Harry’emu nasunął się na myśl Barty Crouch senior. Mężczyzna podszedł do podium i zaczął przemawiać. Gdy mówił, Harry zauważył, że w jego oczach nie było żadnych oznak litości.
- Dziękuję panu ministrowi za takie przejmujące i wzruszające przemówienie. Jeśli wziąć pod uwagę, to czym się za chwilę zajmiemy, było ono nad wyraz pouczające
i potrzebne. Za chwilę będzie odbywał się proces zatrzymanych przez nas śmierciożerców, jak i innych czarodziejów, którzy pomagali Lordowi Voldemortowi niszczyć praworządnych i spokojnych obywateli. Muszę jednak przedtem wyrazić swój ból. Odczuwam ból i zażenowanie, że nie wszyscy tak zwani śmierciożercy zostaną przez nas osądzeni. Bardzo żałuję, że Bellatrix Lestrange, Antonin Dołohov, Augustus Rookwood, Barty Crouch junior, Peter Pettigrew, Fenrir Greyback, Walden Macnair i Gilbert Gibbon nie żyją. Żałuję dlatego, że nie dane było im stanąć przed odpowiedzialnością i zostać ukaranymi za swe niecne czyny. Większość z nich bowiem ma na sumieniu wiele ludzkich istnień i rodziny ofiar byłyby zapewne usatysfakcjonowane, gdyby ich oprawcy zostali ukarani. Jednak ich dopadła już sprawiedliwość boska. Brak głównego oskarżonego, Toma Marvolo Riddle’a, zwanego Lordem Voldemortem jest z jednej strony korzystny jak i nie korzystny
z drugiej. Niekorzystny, gdyż nie jesteśmy w stanie odpłacić mu za jego winy. Korzystny, gdyż skala jego nikczemności i win jest tak zatrważająca, że brak głównego oskarżonego uwalnia mnie od odpowiedzialności, jaką musiałbym na siebie wziąć i go osądzić. Odpowiedzialności nie bałbym się, albowiem, od zawsze chciałem go skazać i – nie boję się użyć tego określenia! – zniszczyć. Odpowiedzialność,
z jakiej mnie zwolniono, była innego rodzaju – nie musiałem myśleć nad karą tak dotkliwą, a jednocześnie taką, by nie posądzono mnie o stosowanie takich samych praktyk, jak ci, których miałem sądzić. Dziękuję, za wysłuchanie mojego oświadczenia, i rozpoczynam posiedzenie właściwie Wizengamotu. Wpierw zajmiemy się śmierciożercami, których mam nadzieję osądzimy szybko i skutecznie. Proszę
o wprowadzenie na salę Algernona Avery’ego!
Na salę wszedł niewysoki czarodziej, przerażony, kulący się pod wzrokiem sędziów. Szedł w otoczeniu czterech aurorów z wycelowanymi w niego różdżkami, którzy doprowadzili go do samotnego krzesła, na środku sali. śmierciożerca usiadł na nim
i w okamgnieniu został oplątany przez magiczne łańcuchy, dotychczas spoczywające spokojnie na krześle. Aurorzy stanęli koło krzesła, każdy z nich trzymał w pogotowiu różdżkę.
- Algernonie Avery – Wellington mówił groźnym, ale spokojnym głosem – jesteś stwierdzonym śmierciożercą i zostało ci to udowodnione, dzięki zeznaniom licznych świadków, a także dzięki metodom ministerstwa. Twoja czynna działalność
w utrwalaniu i szerzeniu terroru została potwierdzona, jak i ty sam się do niej przyznałeś. Brałeś udział w zabójstwie Edgara Bonesa i całej jego rodziny, a także byłeś jednym z walczących z rodziną Cottonów. Brałeś udział w próbie wykradzenia przepowiedni dotyczącej swego pana w Departamencie Tajemnic. Brałeś wielokrotnie udział w torturowaniu i mordowaniu niczego winnych mugoli. W trakcie dochodzenia wykazano, że nie zabiłeś nikogo osobiście, jednakże stosowałeś dwa pozostałe niewybaczalne zaklęcia. Czy masz coś do powiedzenia?
- Przepraszam ... – wydukał Avery.
- Przeprosiny przyjęte, ale nie wystarczające. Czy oskarżyciele posiłkowi chcą zabrać głos? – Wellington omiótł uważnym spojrzeniem salę, a nie dostrzegając żadnego odzewu kontynuował – Skoro nie widzę zgłoszeń, wnioskuję o ukaranie Algernona Avery przez zamknięcie w Azkabanie na lat dwadzieścia, przełamanie różdżki, pozbawienie praw czarodziejskich w tym okresie i konfiskatę majątku na rzecz rodzin pokrzywdzonych. Nie masz żony ani dzieci Avery, więc nie będziesz musiał nikogo utrzymywać. Proszę o głosowanie Wizengamotu. Kto jest za taką formą kary?
Wszyscy sędziowie zgodnie podnieśli ręce, a oskarżony zaszlochał.
- Algernonie Avery, zostajesz uznany winnym swoich zbrodni i zostaniesz zamknięty zgodnie z wyrokiem w Azkabanie, a twoja różdżka zostanie zniszczona. Zabrać go
i przyprowadzić Waspa Banksa!
Do sali weszło dwóch innych aurorów z wycelowanymi w Avery’ego różdżkami, którzy oswobodzili go z krzesła i wyprowadzili. Wkrótce wrócili prowadząc mężczyznę, którego Harry nigdy przedtem nie widział. Był wysoki, miał długie, czarne włosy, i szalony wyraz twarzy. Spoglądał na otaczający go tłum z nieukrywaną nienawiścią. Wellington przyglądał mu się z obrzydzeniem, a gdy łańcuchy ciasno oplotły ciało mężczyzny powiedział gromkim głosem:
- Waspie Banks, jesteś stwierdzonym śmierciożercą i zostało ci to udowodnione, dzięki zeznaniom licznych świadków, a także dzięki metodom ministerstwa. Twoja czynna działalność w utrwalaniu i szerzeniu terroru została potwierdzona, jak i ty sam się do niej przyznałeś, nie okazując jednak przy tym jakiejkolwiek skruchy. Zamordowałeś osobiście Dirka Cresswella, brałeś udział w zamordowaniu Amelii Susan Bones
i Emmelliny Vance. Torturowałeś i zabijałeś wielu mugoli, co sprawiało ci niewątpliwą przyjemność. Czy masz coś do powiedzenia?
- Oszczędź mi tych umoralniających gadek, Wellington i zdejmij ze mnie te cholerne łańcuchy, bo mi się wpijają w ciało i nie są zbyt komfortowe. A sam przecież doskonale wiesz, że te przeklęte szlamy zasłużyły na to sobie swoim ohydnym ...
- Silencio – powiedział Wellington a usta Banksa poruszały się dalej, tylko że już bezgłośnie – widzę, że nie odczuwasz żalu ani skruchy za swoje czyny. Czy chce zabrać głos oskarżyciel posiłkowy?
- Tak, ja! – krzyknęła zapłakana kobieta siedząca po lewej stronie sądzonego – Chciałabym prosić o najwyższy wymiar kary, za to, co zrobił mojemu Dirkowi oraz tym biednym mugolom. Niech zgnije w piekle, ten ...
- Dziękuję pani Cresswell. Rozumiem – przerwał jej główny oskarżyciel – Wniosek przyjęty i zaakceptowany. A teraz głosowanie. Kto jest za dożywociem w Azkabanie, zniszczeniem komisyjnym rożdżki, pozbawieniem wszelkich urzędów, przywilejów, pełni praw czarodziejskich i konfiskaty całego majątku na rzecz pokrzywdzonych proszony jest o podniesienie ręki.
Wszyscy sędziowie podnieśli ręce. Śmierciożerca nie przestawał poruszać ustami, dając upust niemej wściekłości. Potter był pewien, że rzuca na wszystkich przekleństwa.
- Waspie Banks, jesteś uznany winnym swoich zbrodni i zostaniesz zamknięty zgodnie z wyrokiem w Azkabanie. Twoja różdżka będzie zniszczona. Zabrać mi go sprzed oczu i przyprowadzić Magnotusa Bulstrode’a!
- Bulstrode? – zdziwił się Harry – to ojciec Milicenty? – zapytał siedzącą obok Hermionę.
- Nie wiem, Harry, ale... – zaczęła dziewczyna, lecz przerwała, gdyż aurorzy wrócili
z kolejnym skazańcem.
Był to bardzo otyły mężczyzna, z wielkimi, sumiastymi wąsami, całkowicie łysy i czerwony na twarzy, na której mieszało się przerażenie połączone ze zmęczeniem. Przez całą drogę do krzesła dygotał, a gdy usiadł zaczął krzyczeć w stronę prowadzącego obrady.
- Jestem niewinny! Ten, którego imienia nie wolno wymawiać, zmusił mnie do tego! Jestem niewinny! Byłem ciągle pod klątwą imperius! Jestem niew...
- Silencio – powiedział spokojnie Wellington – Nie kłam, Bulstrode. Twoje przewinienia zostały udowodnione przez świadków oraz własnymi metodami ministerstwa. Działałeś czynnie, z całą świadomością, komu służysz i co robisz. Torturowałeś z lubością mugoli, byłeś obecny podczas mordowania zarówno czarodziejów jak i mugolaków. Ponieważ nie sądzę, byśmy usłyszeli od ciebie coś innego, niż stek kłamstw jak przed chwilą, zaraz przystąpimy do głosowania. Wpierw chciałbym zapytać czy oskarżyciel posiłkowy chce zabrać głos?
- Tak, panie przewodniczący, chcę coś powiedzieć – jeden z aurorów otaczających krzesło zabrał głos – Sam byłem świadkiem razem z obecnym tu Proudfootem – po tych słowach drugi mężczyzna skinął głową – jak oskarżony torturował mugolską rodzinę. Właśnie w takich okolicznościach go ujęliśmy, co zeznaliśmy przed komisją.
- Dziękuję. Wizegamot proponuje zatem następującą karę: dwadzieścia lat
w Azkabanie, przełamanie różdżki, pozbawienie wszelkich urzędów, przywilejów
i czarodziejskich praw, oraz zabranie siedemdziesięciu pięciu procent majątku na rzecz pokrzywdzonych. Pozostałą część oddamy twojej żonie i dzieciom. Kto jest za taką formą kary, proszę o podniesienie ręki.
Większość sędziów Wizengamotu podniosła rękę, ale Harry zauważył, że kilku tego nie zrobiło. To samo dostrzegł prowadzący rozprawę, który poprosił zatem
o podniesienie ręki na „przeciw”, ale nikt tego nie uczynił. Wszyscy co nie byli za, w tym McGonagall, podnieśli ręce dopiero na „wstrzymuję się”. Wellington policzył szybko głosy
i kontynuował przemówienie.
- Za twoją winą opowiedziało się ponad trzy czwarte członków sądu, nikt zaś nie był przeciwny, więc zaproponowany rodzaj wyroku został przyjęty. Magnotusie Bulstrode, zostajesz uznanym winnym swoich zbrodni i zostaniesz osadzony zgodnie z wyrokiem. Twoja różdżka zostanie zniszczona. Zabrać go i przyprowadzić Alectę Carrow.
Proces trwał długo. Śmierciożercy byli wzywani, sądzeni i skazywani. Żaden nie został uniewinniony, wszyscy trafili do Azkabanu, na różne okresy czasu, w zależności od popełnianych czynów. Każdy z nich zachowywał się inaczej po odczytaniu im wyroków – niektórzy starali się wzbudzić w sędziach litość, inni grozili i odgrażali się przewodniczącemu, on jednak pozostawał niewzruszony. W końcu, gdy zabrano braci Lestrange’ów, obu skazanych na dożywocie, mimo próśb wielu oskarżycieli posiłkowych
o karę śmierci, na salę wezwano oskarżonego, który wywołał żywą reakcję Harry’ego i jego przyjaciół.
Na salę, prowadzony przez dwóch aurorów, wszedł Draco Malfoy. Był przerażony, jego wzrok prześlizgnął się po całym sądzie, i spoczęły przez chwilę na Harrym, jednak aurorzy brutalnie doprowadzili go do krzesła, na którym go posadzili. Potter ze zdziwieniem zauważył, że łańcuchy nie oplotły młodego więźnia.
- Draconie Malfoy – rozpoczął Wellington tym samym bezlitosnym głosem – będziesz sądzony jak każdy inny Śmierciożerca mimo swojego młodego wieku. Skończyłeś bowiem już lat siedemnaście i posiadasz pełnię praw czarodziejskich. Jesteś oskarżony
o pomaganie Voldemortowi w próbach zamordowania Albusa Dumbledore’a
i Harry’ego Pottera. Wizengamot wziął jednak pod uwagę okoliczności jakie zostały przedstawione na twoją obronę. Zeznania portretów Albusa Dumbledore’a i Severusa Snape’a, a także osobiste wstawiennictwo Harry’ego Pottera z prośbą o twoje ułaskawienie, zostało dokładnie rozważone. Sąd proponuje zatem oczyszczenie ciebie
z zarzutów jakie na tobie ciążą, Draconie, jednak nie można pozostawić bez kary, tego co uczyniłeś. Po rozmowach z twoimi nauczycielami w Hogwarcie, ministrem magii oraz Harrym Potterem, który osobiście zaangażował się w twoją sprawę, zostajesz skazany na wykonanie robót społecznych na okres wakacji w szpitalu im. Św. Munga. Zostajesz także ubezwłasnowolniony przez Wizengamot, który daje ci rok czasu na ukończenie swojej edukacji w Hogwarcie. W razie niespełnienia tego drugiego warunku, zostaniesz osadzony na pół roku w Azkabanie. Możesz odejść, Draconie. Wprowadzić na salę Lucjusza Malfoya!
Draco pozostał na sali, kryjąc się za rzędami ostatnich ław. Odchodząc od krzesła rzucił Harry’emu przelotne spojrzenie, ale brunet nie wiedział, co może ono oznaczać. W tym samym czasie wprowadzono na salę jego ojca, któremu towarzyszył oprócz dwóch stałych aurorów, jeszcze trzeci, ubrany w czerwony płaszcz, którego Ron zidentyfikował jako Gawaina Robardsa, szefa aurorów. Śmierciożerca usiadł na krześle, a Wellington rozpoczął dalszy ciąg procesu.
- Lucjuszu Malfoy! Jesteś stwierdzonym śmierciożercą i zostało ci to udowodnione, dzięki zeznaniom licznych świadków, a także dzięki metodom ministerstwa. Twoja czynna działalność w utrwalaniu i szerzeniu terroru została potwierdzona. Co gorsza, jesteś znaną i potwierdzoną przez wspólników prawą ręką Toma Riddle’a, jednym
z jego osobistych faworytów na równi ze swoją kuzynką, Bellatrix Lestrange. Jesteś winien współudziału w morderstwach wielu czarodziejów, w torturowaniu
i mordowaniu mugoli, a także włamania do Departamentu Tajemnic. Okolicznością łagodzącą jest brak czynnego udziału w Bitwie o Hogwart drugiego maja oraz brak aktywnej działalności jako śmierciożerca w okresie ostatniego roku. Jednak za swoje dotychczasowe występki musisz ponieść karę. Jako główny oskarżyciel proponuję trzydzieści lat w Azkabanie, pozbawienie wszelkich urzędów, przywilejów
i czarodziejskich praw, pozbawienia dziedzicznego prawa do zasiadania
w Wizengamocie, oraz zabranie siedemdziesięciu pięciu procent majątku na rzecz pokrzywdzonych. Chce coś pan powiedzieć, panie Malfoy?
- Żałuję i przepraszam – powiedział Lucjusz – Zrozumiałem dopiero, że robię źle, gdy Czarny Pan chciał mi zabić syna, naprawdę, uwierzcie...
- Dziękuję, wystarczy – powiedział Wellington. – Przystępujemy do głosowania. Kto
z członków Wizengamotu jest za proponowanym wyrokiem?
Odbyło się głosowanie, które zaskoczyło wielu obecnych czarodziejów, w tym Harry’ego. „Za” zagłosowało wielu czarodziejów, ale liczba tych, co zagłosowała „przeciw” była niewiele niższa. Wellington stał skonfundowany, aż jeden z czarodziejów podniósł się z zamiarem zabrania głosu. Przewodniczący także go zauważył.
- Udzielam głosu Tyberiuszowi Ogdenowi – powiedział głośno.
- Lordzie Wellington, proponujemy poprawkę do proponowanego wyroku. Wnioskujemy o skazanie Lucjusza na dwadzieścia lat w Azkabanie, za to powiększyć konfiskatę majątku do dziewięćdziesięciu procent i dodać zakaz pełnienia dożywotnio jakichkolwiek funkcji. Stanowczo protestuję przeciw zabrania rodowi Malfoyów miejsca w Wizengamocie, proponuję odebrać je dożywotnio Lucjuszowi, ale pozostawić otwarte dla jego syna i przyszłych pokoleń.
- Dziękuję, Tyberiuszu. Poprawki zostają zaakceptowane, przechodzimy do glosowania – kto jest za zmienioną formą wyroku, zaproponowaną przez Tyberiusza Ogdena, zechce podnieść rękę.
Wszyscy członkowie Wizengamotu podnieśli ręce więc nowa kara został zaakceptowana. Wellington ciężko westchnął.
- Lucjuszu Malfoy, zostajesz uznanym winnym swoich zbrodni i zostaniesz zamknięty zgodnie z wyrokiem w Azkabanie. Zabrać go i przyprowadzić Norberta Notta.
Procesy śmierciożerców trwały jeszcze przez jakiś czas. Poza Draconem Malfoyem żaden z nich nie został uniewinniony, a kilku kolejnych otrzymało dożywocie. Po osądzeniu ostatniego z popleczników Lorda Voldemorta, Wellington przeczytał wyroki zaoczne dla kilkunastu, których nie udało się złapać, wszyscy otrzymali wyroki dożywocia.
Po śmierciożercach główny oskarżyciel zajął się szmalcownikami, którzy trudnili się łapaniem i sprzedawaniem czarodziejów z mugolskich rodzin Voldemortowi. Było ich kilkunastu, a wszyscy zostali skazani na dożywocie. Jeden
z nich, Scabior, który złapał Harry’ego, Rona i Hermionę podczas ich misji niszczenia horkruksów, rozpłakał się po usłyszeniu wyroku.
Kiedy ostatni szmalcownik opuścił salę rozpraw, Wellington rozpoczął sądzenie tych czarodziejów, którzy dla własnych korzyści i z różnych przyczyn pomagali Czarnemu Panu i jego sługom. Tych sądzonych było najwięcej, gdyż przewinęło się ich ponad czterdziestu. Wśród oskarżonych znaleźli się Vincent Crabbe i Gregory Goyle, uczniowie Hogwartu, obaj za pomoc okazywaną Carrowom zostali skazani na pół roku
w Azkabanie. Harry rozpoznał również Alberta Runcorna, czarodzieja z ministerstwa, za którego się podszywał podczas próby wykradzenia z gabinetu Umbridge medalionu Slytherina. Został on za swoje donosicielstwo i złamanie karier, oraz pośredni udział
w doprowadzeniu do morderstw skazany na pięć lat w Azkabanie. Stan Shunpike, ku uldze Pottera, został oczyszczony ze wszystkich stawianych mu zarzutów. Harry przeżył niemały szok, słuchając wyroków zaocznych. Wymieniono tu aż osiemnastu czarodziejów, wśród nich był zaginiony poprzedni minister magii Pius Thickneese, którego skazano na rok więzienia. Drugą znajomą osobą była Dolores Umbridge, którą za jej wywrotową działalność i faktyczne wspieranie Lorda Voldemorta osądzono na 7 lat zamknięcia.
W końcu po ponad trzech godzinach, rozprawa się zakończyła. Wisebeard zamknął posiedzenie Wizengamotu. Kingsley przypomniał o mającym się odbyć jutro wieczorem przyjęciu, zaś jego rzecznik wspomniał, że pełna lista oskarżonych wraz
z wyrokami zostanie opublikowana pojutrze rano. Czarodzieje zaczęli się rozchodzić,
a Harry zauważył Ritę Skeeter, która wybiegła z sali z wypiekami na twarzy.
Rozdział 002.
Przyjęcie.
- Jak wyglądam? – zapytał Ron Weasley swojego najlepszego przyjaciela.
Harry James Potter spojrzał na stojącego obok rudzielca. Jego kolega ubrany był w lśniącą, srebrną szatę z wpiętymi gdzieniegdzie krzykliwymi czerwonymi, żółtymi
i fioletowymi ozdóbkami. Na głowę założył wielki kapelusz koloru pomarańczowego,
z którego tyłu wystawały pawie pióra. Brunet pomyślał, że jego strój przy stroju jego przyjaciela jest stosowny i skromny. Ubrał się bowiem w długą, błękitną szatę, którą wybrała mu Pani Weasley, Harry natomiast sam za nią zapłacił. Porównując swoje ubiory, Potter stwierdził, że Ron ubrał się jak władca jakiejś dalekiej, bananowej republiki albo że wygląda jak zwykły fircyk. Rozsądnie postanowił nie mówić tego koledze, który i tak by pewnie tego nie zrozumiał, stwierdził więc jedynie, starając się, by zabrzmiało to jak najbardziej naturalnie:
- Pasuje ci.
Młodzi chłopcy opuścili wspólną sypialnię Rona w Norze, domu rodzinnym Weasleyów. Zajęło im to sporo czasu, bowiem o ile Harry ubrał się w niecałe 3 minuty, o tyle jego rudawy przyjaciel potrzebował czasu prawie 20 razy dłuższego. Brunet był zmuszony dawać porady i oceniać nowy strój kolegi, który przeglądał się kilkanaście razy w lustrze
i zachowywał jak księżniczka przed ślubem. Harry opuszczał pokój kilka razy, ale zawsze był przeganiany i zawracany przez głowę rodziny Weasleyów, Molly Weasley, która w końcu zakazała im się pojawiać w innych pomieszczeniach, dopóki ich nie zawoła. Rad nie rad został więc w pokoju i oglądał popisy samo zachwytu Rona, póki litościwa matka jego przyjaciela nie zawołała ich i nie przerwała jego katorgi.
Wynagrodzenie za męki poniesione w pokoju rudzielca nadeszło kilka chwil później. Wpierw Harry odczuł uczucie ulgi, gdy fircyk wybrał się za pomocą proszku Fiuuu po Hermionę. Drugą nagrodą było pojawienie się w kuchni domu Weasleyów siostry Rona, Ginny Weasley. Wyglądała tak, że Harry’emu zabrakło tchu w piersiach. Jej śliczne, płomienno-czerwone włosy były rozpuszczone i wyglądały ogromnie seksownie, opadając na jej blade ramiona. Miała na sobie długą, czarną suknię ze wstążkami. Była to piękna i droga suknia, którą zafundował swojej dziewczynie sam Harry, ale to młoda kobieta ją wybrała
i zakazała podglądać chłopakowi do dnia przyjęcia. Chłopiec nie żałował tej decyzji. Ginny wyglądała przepięknie. Jej suknia była absolutnie powalająca, a wcięcie, odsłaniające prawie cało udo młodej dziewczyny sprawiało, że Potterowi szybciej krew krążyła w żyłach.
Brązowe, błyszczące od inteligencji i śmiechu oczy rudej z zadowoleniem obserwowały reakcję czarnowłosego chłopaka. Ginny cieszyła się, że jej kreacja wywołała zachwyt i pożądanie, które dostrzegała w jego zielonych oczach. Uśmiechnęła się
z przekąsem i podeszła do stolika w kuchni na którym usiadła i patrzyła uwodzicielsko na Harry’ego.
- Wyglądasz przepięknie – wydukał czerwony jak wiśnia Harry.
- Dziękuję – skromnie odpowiedziała Ginny, poprawiając swój spory dekolt.
- W coś ty się ubrała! – ryknęła zdenerwowana pani Weasley, który od pojawienia się córki starała się powściągnąć furię – wyglądasz jak....
- Modelka – wpadł jej w słowo Harry.
- Dziękuję – powiedziała cieplej ruda.
- Molly, Ginny wygląda naprawdę ładnie. Harry’emu też się podoba, on zresztą zapłacił za tę sukienkę. Moim zdaniem niech idzie – stwierdził ojciec dziewczyny Arthur Weasley, ale urwal po spojrzeniu żony, która jednak nic nie powiedziała, a tylko machnęła zrezygnowana ręką.
Wreszcie wybiła godzina dziewiętnasta. Harry, Ginny i jej rodzice ustawili się wokół podarowanego przez ministerstwo świstoklika, który miał przenieść ich do budynku,
gdzie miało odbywać się przyjęcie. Wszyscy obecni w Norze chwycili jednocześnie za swój transporter, który przemieścił ich do ogromnej sali bardzo uroczyście ozdobionej. Migocące
i kolorowe światło z lampionów wywoływało cudowny efekt. Przybyłych powitał starszawy czarodziej z ministerstwa, ubrany w odświętną, białą peleryną z czerwonymi ozdobnikami.
- Państwo Weasley... Siedzą państwo przy stoliku nr 43, wraz
z Xenophiliusem Lovegood, Andromedą Tonks, oraz synem Billem Weasley’em wraz z osobą towarzyszącą. – powiedział starszy czarodziej który zaczynał z lekka już łysieć – Pan Harry Potter i Pani Ginny Weasley ... siedzą państwo przy stoliku nr 33, wraz z Ronem Weasley’em, Hermioną Granger, Neville’m Longbottomem oraz Luną Lovegood.
- Dziwny zbieg okoliczności – Ginny uśmiechnęła się do Harry’ego, idąc
z nim pod rękę.
- Tak.. – mrugnął do niej brunet – bardzo dziwny, szczególnie że tylko napomknąłem o tym Kingsleyowi.
Ginny zachichotała i oboje podeszli do stolika, gdzie siedzieli już Neville
z Luną, oboje pogrążeni w rozmowie, która jak zwykle wyglądała dosyć osobliwie, gdyż mała blondynka opowiadała starszemu chłopcu, o planowanej wyprawie w wakacje w celu złapania chrapaka krętorogiego, ten zaś nie był wciąż pewien, czy dziewczyna żartuje, czy nie. Przybycie dwójki kolejnych gości uwolniło go od odpowiedzenia na kolejne, kłopotliwe pytanie. Po krótkim, ale treściwym przywitaniu (Luna pocałowała Harry’ego w policzek, co nie uszło uwadze Ginny, która zmarszczyła na ten widok brwi) czwórka przyjaciół pogrążyła się w rozmowie. Potter z zadowoleniem zauważył, że w przeciwieństwie do Rona ubrani byli całkiem zwyczajnie – Neville miał na sobie jasnozieloną pelerynę, która dodawała mu powagi. Luna zaś założyła bardzo ładną, śnieżno – białą suknię i białe rękawiczki sięgające aż do łokcia. Jej suknia miała mniejszy dekolt i wcięcie niż Ginny, lecz również była seksowna. Harry przyłapał się na porównywaniu odsłoniętych części ciała obu dziewczyn, więc szybko postanowił coś wypić, porywając pierwszą szklankę, która stała obok niego. Na swoje nieszczęście była to ognista whisky – gardło zaczęło go straszliwie piec i zaczął się krztusić.
W tym momencie weszli Ron z Hermioną, którzy skierowali się do stolika zajmowanego przez czwórkę ich przyjaciół. Rudzielec robił istną furorę, dzięki swojemu krzykliwemu ubiorowi – niektórzy goście się śmiali, cześć była zbulwersowana, ale faktem było, że ubiór młodego Weasley’a był na ustach wszystkich. Hermiona dla kontrastu ubrana była bardziej dystyngowanie, w różową suknię z mnóstwem cekinów i wstążeczek, z krojem klasycznym bez wcięcia i mniejszym od innych kobiet dekoltem. Obydwoje wpierw przywitali się z pozostałymi (Hermiona pocałowała Harry’ego i Neville’a w policzki) po czym usiedli na dwóch pustych miejscach i rozpoczęli rozmowę.
Punktualnie o godzinie dwudziestej na wszystkich talerzach pojawiły się wyszukane potrawy i bal został uznany za rozpoczęty. Wszyscy ze smakiem zajadali się
w zaserwowanych daniach, popijając je wybornym winem. Po napełnieniu do syta swojego żołądka, Harry wstał od stołu, zapraszając jednocześnie gestem Ginny. Kiedy dziewczyna ujęła go pod rękę, zaczęli wolno przechadzać się po pomieszczeniu, kierując się do mniejszej sali, gdzie znajdowały się piękne, ruchome obrazy, przedstawiające ważne wydarzenia
w świecie czarodziejskim. Harry w skupieniu je obserwował, a w szczególności te, które przedstawiały walkę Merlina z Morganą, poszukiwania Świętego Graala, pojedynek Dumbledore’a z Grindewaldem, a także i wydarzenia opisujące jego życie. Niektórych wydarzeń nie potrafił skojarzyć, - w szczególności tych, gdzie młody chłopiec przebijał dzidą postawnego, zamaskowanego bruneta, który po otrzymanym ciosie stawał w płomieniach, dwunastu szlachetnych mężów walczących z niegodziwymi, okropnymi potworami oraz czarodzieja, który walczył samotnie z wielkim wężem morskim.
- Jestem szczęśliwa, Harry – powiedziała Ginny, mocniej przyciskając się do jego ręki.
- Ja też, skarbie – odpowiedział Harry, który ujął jej rękę w swoją – żałuję, że dopiero od niedawna cieszymy się sobą.
- Mamy na to całe lata – powiedziała Ginny, uśmiechając się delikatnie.
Potter uśmiechnął się do swojej dziewczyny i gdy miał zamiar ją pocałować, przerwał mu silny, basowy głos który ostudził jego zapał. Harry odwrócił się by zobaczyć kroczącego ku niemu nowego ministra magii, Kingsley’a Shacklebolta, w towarzystwie szefa aurorów Gawaina Robardsa i trzech starszawych mężów z Wizengamotu. Grupka ta zmierzała w stronę Harry’ego, który uśmiechnął się przepraszająco do Ginny, a ta pokiwała spokojnie głową.
- Widzę Lunę z Nevillem i braćmi Creevey, pójdę się przywitać – powiedziała czule Ginny, ściskając na odchodnym rękę Harry’ego. Chłopak patrzył za nią smutno, aż podszedł do niego Kingsley.
- Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem – czarnoskóry czarodziej uśmiechnął się do Harry’ego, który nieznacznie potrząsnął głową – ale chciałem z tobą porozmawiać, jak i ci kogoś przedstawić. Harry, ci trzej szlachetni czarodzieje są członkami Wizengamotu, których widziałeś wczoraj rano podczas procesu.
- To jest Bedwyr Wisebeard – tu wskazał Harry’emu najstarszego
z czarodziejów, który podpierał się laską – przewodniczący Wizengamotu.
- To zaś jest Warren Edwin Wellington, członek Wizengamotu i były wysoki pracownik ministerstwa – mężczyzna oskarżający śmierciożerców skłonił się lekko.
- To zaś jest Solomon Monoceros, członek Wizengamotu i pracownik ministerstwa magii, z którym na pewno jeszcze porozmawiasz.
- Ten zaś nachmurzony pan jest Gawainem Robardsem, który jest szefem aurorów. Powinno cię to zainteresować, bo jak wiem sam chcesz zostać aurorem.
Przy każdej introdukcji Harry podawał wymienianemu mężczyźnie rękę. Wszystkie powitania różniły się między sobą. Wisebeard ujął jego całe ramię i mocno zacisnął na nim swoje kościste, silne palce. Wellington wyciągnął ku niemu rękę, jednakże zgiął przy tym w ten sposób łokieć, że Harry musiał wyprostować całą rękę, by móc uścisnąć jego. Unicorn długo potrząsał jego rękę, kiwając się przy tym do przodu. Uścisk dłoni
z Robardsem był bardzo krótki, przypominający muśniecie.
- Miło pana zapoznać, Potter. Sądzę, że będziemy się niedługo często widywać – powiedział Wellington, patrząc prosto w oczy Harry’ego.
- Chłopak nie musi ... – zaczął Wisebeard, ale przerwał mu Kingsley.
- Przepraszam panie przewodniczący, że przerywam... Lordzie Wellington, niech pan nie mówi czegoś, co może jeszcze okazać się nie być prawdą. To Harry zdecyduje.
- O czym? – zapytał szybko chłopak.
- Salomon odpowie – powiedział spokojnie Wisebeard.
- Dowie się pan wszystkiego, panie Potter – powiedział trzeci ze staruszków głosem, który mógł uspokoić najbardziej rozjuszonego niedźwiedzia – ale w swoim czasie. Nie, to nie sekret, panie Potter – dodał widząc minę Harry’ego – ale pewne czynniki każą odwlec tę wiadomość w czasie. Mój syn, Antares, za pańskim pozwoleniem, umówi się i ustali szczegóły.
- Pozwalam – powiedział po chwili wahania Harry.
- Dziękuję, to zatem wszystko od nas. Na razie wszystko. – powiedział nie wykazując odrobiny emocji Wellington i skinął głową Harry’emu
i pozostałym. Monoceros podał rękę Harry’emu, Wisebeard znów uchwycił go za ramię i cała trójka wniknęła w tłum.
- Kingsley... o co tu chodzi ? – wysapał młodzieniec.
- Jak powiedział pan Monoceros, dowiesz się w swoim czasie. – powiedział spokojnie Kingsley.
- Chcesz więc zostać aurorem, Potter? – zapytał patrząc krytycznie Robards.
- Tak, proszę pana.
- Nie wydaje mi się, żebyś się nadawał – powiedział szef aurorów – pokonałeś co prawda Tego, którego imienia nie można wymawiać, ale... Nie wiem czy masz kwalifikacje..
- Poradzi sobie – powiedział z uśmiechem Kingsley – a Ty Gawainie, nie udawaj, że nie wierzysz w niego. Po upadku Voldemorta mówiłeś coś innego. Nie drocz się z Potterem.
- Nie droczę się ... – zaczął Robards, choć Harry zauważył, że w kąciku jego ust zagościł uśmiech – uważam jedynie, że ...
- Przepraszam, panie ministrze – jakiś czarodziej pojawił się obok nich – pilna sprawa. Premier mugoli.
- Też wybrał sobie termin – mruknął Kingsley, po czym odwrócił się do bruneta – wybacz, Harry, obowiązki wzywają. Idziemy, Gawainie.
- Za tobą, Kingsley.
Harry patrzył jak obaj szybko znikają za drzwiami, udając się na spotkanie
z premierem mugoli. Harry przechadzał się ciągle po muzeum obrazów, tęskniąc za Ginny, gdy zauważył stolik, przy którym siedzieli rodzice jego ukochanej. Uśmiechnął się do nich, oni zaś zaprosili go, wyczarowując mu krzesło między Billem a matką Nimfadory. Harry przywitał się i zajął miejsce.
- Co chciał Kingsley? – zapytał Arthur Weasley.
- Przedstawić mi kilku członków Wizengamotu i szefa aurorów. Nie wiem po co...
- Hej, Harry... jak tam zdrówko? – zapytał Bill, zmieniając szybko temat.
- Dzięki, blizna nie boli od dawna. A co u ciebie? Czy....
- Chodzi Ci o Fleur? Fleur... jest płytka. Nie zniosła w końcu mojej przemiany. Ale poznałem Selenę. – tu wskazał na przepiękną blondynkę, która uśmiechała się promiennie – a ona ... jest podobna do mnie. Jest nam miło razem... Bardzo miło. Ślub ciągle aktualny.... Tylko....
- Panna młoda się zmieniła – powiedział Harry, a wszyscy poza Molly Weasley i Andromedą Tonks wybuchli śmiechem.
Harry wykorzystał czas na rozmowę z obecnymi przy stoliku. Bill z Seleną, ku niezadowoleniu Molly, okazywali sobie uczucie w niezbyt wyszukany sposób, ciągle się całując. Xenophilius nieustannie przepraszał za to, że chciał wydać Harry’ego Śmierciożercom, by ratować córkę. Harry nie czuł się komfortowo w towarzystwie Andromedy, która jednak zapewniała go, że nie czuje do niego żalu o stratę męża i córki, którzy umarli za swoje ideały. Zapytała Harry’ego, czy nadal chce być ojcem chrzestnym dziecka Lupina i Nimfadory, a jego chyba nad wyraz solenne zapewnienie spowodowało, że na jej twarzy zagościł delikatny uśmiech.
Przyjacielską pogawędkę przerwał młodzieniec, który nagle pojawił się przed ich stolikiem. Był wysoki i miał krótkie równo przystrzyżone czarne włosy. W jego spojrzeniu było coś zawadiackiego, a całości dopełniała jego szata, cała czarna z małym białym koniem wyhaftowanym na piersi.
- Harry James Potter? – zapytał patrząc na młodego chłopaka.
- Tak. – odpowiedział spokojnie zapytany.
- Antares Monoceros, miło mi – chłopak uśmiechnął się i kiwnął głową – dzień dobry wszystkim. Nie zamierzam zabrać panu zbyt dużo czasu...
w tej chwili. Mogę?
- Proszę – odpowiedział oficjalnie Harry.
- Wiem, że mój ojciec już panu zapowiedział nasze spotkanie. Muszę
z panem porozmawiać... na pewne ważne tematy. Z pewnych względów nie mogę tego uczynić tutaj... Dlatego, chciałbym panu zaproponować...
- Jakie tematy? – zapytał Harry.
- Nie mogę teraz panu powiedzieć, panie Potter, ale proszę się nie martwić. To nic strasznego. Tak sądzę przynajmniej... Mniemam, że ma pan urodziny 31 lipca?
- Tak – odpowiedział zaskoczony młody czarodziej.
- Lew .... Hm.... – na twarzy młodzieńca zagościł złośliwy uśmieszek – zamierza pan świętować je ostro?
- Co znaczy ostro? – zapytała wzburzona Molly Weasley.
- Ognistą Whisky na ten przykład – odpowiedział uśmiechając się Antares – ale szczerze, nie interesuje mnie jak pan Potter zamierza spędzić urodziny... Póki nie złamie prawa, rzecz jasna. Interesuje mnie, kiedy będzie w stanie spotkać się ze mną po nich. Z ostrożności zaproponuję panu 5 sierpnia
w moim gabinecie. Przybędę po pana, by nie musiał pan szukać na próżno... Może być?
- 5 sierpnia... – zaczął się głośno zastanawiać Harry – może być... Ale, niech mi pan powie, co właściwie ...
- 5 sierpnia, panie Potter. Wcześniej nie będę zawracać panu tym głowy... – Harry mógłby przysiąc, że w oczach Antaresa pojawiły się złośliwe ogniki – poinformuje mnie pan, gdzie będzie się znajdował 5 sierpnia? W Norze, w Londynie?
- W Londynie... Skąd wiesz o...
- Wiem. Żyję z posiadanych informacji. Więc, panie Potter? Nie chcę zabierać czasu, a i tak go nadwerężam ....
- Nie wiem, gdzie będę, proszę pana.... Wobec tego...
- Wobec tego sugeruję, żeby pan wysłał sowę do ministra w dniu 3 lub 4 sierpnia, zaadresowaną do mnie i mnie poinformował, gdzie mam pana odebrać. Da radę tak zrobić, panie Potter?
- Tak. Zgadzam się – powiedział po dłuższej chwili wahania Harry.
- Świetnie! – ucieszył się Antares – no to do zobaczenia w sierpniu, panie Potter. Żegnam wszystkich państwa, mam nadzieję, że nie za bardzo przeszkodziłem no i życzę miłej zabawy. Do widzenia wszystkim.
Harry siedział skonfundowany całą rozmową i nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Nie zwracał uwagi na pytania pana Weasley’a, który po kilku nieudanych próbach nawiązania kontaktu, zajął się swoją żoną. Harry’ego z letargu wyprowadziła dopiero Ginny, która pojawiła się przy stoliku i pociągnęła go ze sobą. Oboje wyszli potańczyć,
a Harry zdziwił się, że potrafił poruszać się w rytm muzyki. Jego ruda dziewczyna była
z niego zadowolona, i po kilkunastu piosenkach zostawiła go samego, udając się do łazienki. Gdy tylko Potter znalazł sobie wolne krzesło przy jednym z opuszczonych stolików, pojawiła się przed nim wysoka blondynka.
- Chciałam ci tylko powiedzieć, Potter, że jestem ci wdzięczna za to, co zrobiłeś w sprawie Draco.
Harry z niedowierzaniem patrzył, jak Narcyza Malfoy oddala się śpiesznie od niego. Ten wieczór był coraz bardziej dziwny. Postanowił nie zastanawiać się nad tym, co usłyszał od dziwnych panów z ministerstwa, złośliwego młodzieńca i matki jego największego szkolnego rywala. Zaczął obserwować parkiet, na którym dostrzegł kilku znajomych – Neville tańczył wraz z Luną, Lavender z bliźniaczkami Patil tańczyły wokół siebie, Draco obejmował jakąś młodszą ślizgonkę, a bliźniacy Weasley’owie tańczyli z Alicią Spinnet i Angeliną Johnson, choć Harry nie rozróżniał, który z którą. W tym momencie przysiadła się do niego Hermiona.
- Cześć, Harry – powiedziała Hermiona uśmiechając się do niego, ale chłopak dostrzegł smutek w jej oczach.
- Cześć, Hermiona. Ślicznie dziś wyglądasz. Stało się coś?
- Dziękuję Harry – jej uśmiech, ku jego zaskoczeniu zmalał, gdy usłyszała komplement – nie, wszystko w porządku. Ja tylko....
Hermiona westchnęła i spojrzała w daleki róg sali. Harry zauważył Rona,
w otoczeniu grupki wielbicieli i fanów, z których większość stanowiły dziewczyny, jednak Potterowi nie udało się żadnej rozpoznać. Jego przyjaciel zdecydowanie coś opowiadał, czym wzbudzał niekłamany zachwyt zgromadzonej publiczności. Rudzielec wyraźnie dobrze się bawił, będąc w centrum zainteresowania i zapewne nawet nie zauważył, że nie ma przy nim Hermiony.
- Chodzi o Rona, prawda? – zapytał Harry, dotykając delikatnie ramienia dziewczyny i zaczynając je masować, która zadrżała pod jego dotykiem, ale nie odepchnęła jego ręki.
- Tak – powiedziała cicho jego przyjaciółka – nie poznaję go. Stał się.... żądny sławy... Zawsze chciał wyjść z cienia braci czy nie chciał być postrzegany tylko jak twój przyjaciel... Jednak... nie mogę go zrozumieć.
- Hermiono, nie przejmuj się. Zachłyśnie się tą popularnością i będzie znów starym dobrym Ronem. Takim jakiego kochałaś.
- Ja ... – zaczęła Hermiona, ale przerwało jej pojawienie się Ginny, która wróciła z łazienki. Hermiona cicho westchnęła, ujęła rękę Harry’ego
w swoją, silnie uścisnęła i odeszła w stronę swoich rodziców, wyglądających na zagubionych w tym całym towarzystwie. Brunet obserwował z uczuciem, którego nie potrafił zidentyfikować, jak jego przyjaciółka odchodzi.
- Co chciała Hermiona? – zapytała Ginny, podchodząc do swojego chłopaka i kładąc mu rękę na ramieniu.
- Martwi ją zachowanie Rona – powiedział Harry, ujmując jej malutką dłoń w swoją – nie odpowiada jej to, że jest teraz ... idolem.
- Tak – prychnęła lekceważąco Ginny – w końcu sam jest sławny i nie boi się okazywać, że to mu odpowiada. Choć Ty jesteś bardziej, co pewnie
w duchu go boli. Neville też zresztą....
- Daj spokój Gin – powiedział Potter z zakłopotaniem.
- Zresztą, kogo obchodzi, co mój głupi brat sobie myśli. Wracamy do tańczenia.
To nie było pytanie, ale rozkaz. Harry nie mógł nawet odmóić, choć z drugiej strony nie miał takiego zamiaru. Dał się ponownie zaprowadzić na parkiet. Wpierw oboje zaczęli tańczyć w rytm puszczanej, szybkiej, muzyki. Po kilkunastu piosenkach nadeszło wytchnienie, którego zmęczony Potter oczekiwał. Piosenki stały się coraz wolniejsze. Oboje przytulili się do siebie i zaczęli poruszać się nieznacznie w rytm spokojnych utworów. Harry złapał ją obiema rękoma w talii, zaś Ginny położyła swoje ręce na jego ramionach, zaś głowę wtuliła w jego pierś. Chłopak po kolejnym wolnym utworze nabrał odwagi i wpierw dotknął uda dziewczyny, która odpowiedziała mocniejszym ściśnięciem jego ręki. Zachęcony zaczął gładzić jej plecy, dotknął także jej pośladków. Ginny uniosła głowę i oboje spletli się ze sobą. Kolejna piosenka była już tylko ich, i nie zważając na nikogo wokół nich oboje się pocałowali, a Harry poczuł malutki, ale energiczny język rudej dziewczyny w swoich ustach. Potter tak zatracił się w tej chwili, że nic innego go nie interesowało i zapomniał o wszystkich dziwnych wydarzeniach tego wieczoru. Całował namiętnie Ginny, błądząc rękoma po jej ciele i miał nadzieję, że ta chwila będzie trwała już wiecznie.
Jak na razie udało mi się wrzucić jedynie dwa, kolejnych nie mogę, jako iż samo forum chce mi je sumować, a jest ograniczenie w znakach... A jako załącznik rar nie chcę dodawać...
Ostatnio zmieniony przez Yajirobei Nie Lut 14, 2010 1:19 pm, w całości zmieniany 1 raz
Postać ta pierwsza przerwała, odzywając się spokojnym, cichym, płynącym jakby z oddali męskim głosem.
Przerwała co? Chyba jakieś słówko Ci tu umknęło.
Yajirobei napisał/a:
Zawierzył za bardzo w potęgę Czarnej Różki.
Albo "uwierzył za bardzo w potęgę Czarnej Różdżki" albo "zawierzył za bardzo potędze Czarnej Różdżki"
Yajirobei napisał/a:
Lucjusz też zdradził, odwrócił się od Czarnego Pana i nie pomógł
w bitwie.
Tutaj jakoś dziwnie przeskoczyło po "pomógł", co powtarza się często w dalszej części opowiadania. Nie wiem co się porobiło, ale należałoby to poprawić.
Yajirobei napisał/a:
- Greyback na pewno nie żyje, widziałem jak zabił go jakiś rudy wilkołak. – odpowiedział inny głos.
- Macnair i Dołohov też nie żyją – odpowiedział głos z kanapy.
- Carrowowie zostali schwytani przez ministerstwo – powiedział żeński głos.
- Mulciber ... – zaczął inny głos, ale przerwała mu postać z fotela.
Po pierwsze bez kropki po "wilkołak" w pierwszym zdaniu. Po drugie zdecydowanie za dużo tych głosów, trzeba to jakoś inaczej sformułować.
Yajirobei napisał/a:
Nastąpiło pełne poruszenie jak postacie ruszyły do stolika. Wszyscy wyciągnęli swoje dłonie i następowały krótkie błyski, gdy tajemnicze rzeczy wybierały swojego nowego pana.
Nie wydaje mi się, żeby poruszenie mogło być "pełne", a jeśli już może to na pewno nie brzmi to dobrze. Oprócz zamiast "jak" powinno być "kiedy". Drugie zdanie też jakieś dziwne.
Cytat:
Nie martwcie się tym, prześpijcie się, to była ciężka noc. Od jutra czeka nas ciężka praca, a po jej wykonaniu ... coś przepięknego. Dobrej nocy życzę wszystkim.
"Coś przepięknego" mnie pozytywnie rozwaliło :D Jednak powtarza się noc i to razi.
Yajirobei napisał/a:
Nie wszyscy jednak mogli dostać się na salę, a zaproszenia otrzymali jedynie wybrańcy od samego ministra – najczęściej sami poszkodowani lub członkowie ich rodzin.
To zdanie brzmiałoby bardziej zrozumiale w ten sposób: Nie wszyscy jednak mogli dostać się na salę, a zaproszenia od samego ministra otrzymali jedynie wybrańcy - najczęściej sami poszkodowani lub członkowie ich rodzin. Wtedy wiadomo, że zaproszenia, a nie wybrańcy, są od ministra.
Yajirobei napisał/a:
Kingsley Shacklebolt, przywitał się z kilkoma starszymi czarodziejami i spoczął w pierwszych ławach Wizegamotu.
Od razu mówię, że sama mam problemy z interpunkcją, więc nie będę jej poprawiać w Twoim tekście (mimo, że znalazłam kilka błędów), ale tutaj to już kompletnie nie wiem skąd się wziął ten przecinek po Shacklebolt.
Yajirobei napisał/a:
Dziś zajmiemy się ich odpowiedzialnością za ich niegodne czyny.
Przeczytaj to zdanie jeszcze raz i sam sobie odpowiedz na pytanie czy brzmi poprawnie.
Ojejejciu, to chyba nie jest poprawne politycznie. Zmień tego rażącego w gały Murzyna na "ministra", po prostu Shacklebolta albo "mężczyznę", COKOLWIEK!
Yajirobei napisał/a:
oddaje im cześć, jako osobom, które utraciły życie przyczyniwszy się do upadku tego podłego czarnoksiężnika.
To nie jest dobre stylistycznie. "Tego podłego czarnoksiężnika" brzmi wymuszenie, jakbyś na siłę próbował zastąpić Voldermorta czymś innym, żeby się nie powtarzał. Zamieniłabym to na przykład na "Czarnego Pana" albo "Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać".
Yajirobei napisał/a:
Korzystając z tego miejsca chciałbym oddać hołd nie tylko im.
Korzystając z tego miejsca? Wystarczyłoby po prostu "Z tego miejsca" i brzmiałoby o wiele lepiej.
Yajirobei napisał/a:
Lord Voldemort zamordował wielu znakomitych, wyśmienitych i wspaniałych czarodziejów.
To zdanie brzmi jak coś na zasadzie "jabłko jest dobre, smaczne i pyszne". Masło maślane.
Yajirobei napisał/a:
Pamiętajmy o tych wszystkich, wymienionych i nie wymienionych, znanych
i nieznanych, których połączyło jedno – zginęli w obronie lepszego jutra, zginęli
i cierpieli po to, by ich dzieci i rodziny żyły w świecie wolnym od terroru, gwałtu
i przemocy.
Po pierwsze znowu jakoś dziwnie poprzeskakiwało.
Po drugie niewymienionych pisze się razem.
Po trzecie zmieniłabym to tak: Pamiętajmy o tych wszystkich, wymienionych i niewymienionych, znanych i nieznanych, których połączyło jedno - śmierć w obronie lepszego jutra. Zginęli i cierpieli po to, by ich dzieci i rodziny żyły w świecie wolnym od terroru, gwałtu i przemocy.
Yajirobei napisał/a:
Jeśli wziąć pod uwagę, tym, czym się za chwilę zajmiemy, było ono nad wyraz pouczające i potrzebne.
Chyba "Jeśli wziąć pod uwagę to, czym się za chwilę zajmiemy..."
Yajirobei napisał/a:
Muszę jednak przedtem wyrazić swój ból. Odczuwam ból i zażenowanie, że nie wszyscy tak zwani śmierciożercy zostaną przez nas osądzeni.
Ból, ból.
Yajirobei napisał/a:
Na salę wszedł niewysoki czarodziej, przerażony, kulący się pod wzrokiem sędziów, którego ręce i nogi oplątały łańcuchy.
Tutaj znowu ręce i nogi wzroku sędziów są oplątane przez łańcuchy. Trzeba to zmienić tak: " Na salę wszedł niewysoki czarodziej, którego ręce i nogi oplatały łańcuchy. Był tak przerażony, że kulił się pod wzrokiem sędziów.
Czy jakoś inaczej według własnego upodobania, ale nie może być tak, że wzrok jest oplątany przez łańcuchy. Poza tym "oplatały" brzmi lepiej niż "łańcuchy oplątały", bo przecież same go nie oplątały.
Yajirobei napisał/a:
Śmierciożerca usiadł na nim i w okamgnieniu został oplątany przez magiczne łańcuchy, dotychczas spoczywające spokojnie na krześle. Aurorzy stanęli koło krzesła, każdy z nich trzymał w pogotowiu różdżkę
Po pierwsze znowu krzesło i krzesło. Po drugie kropka po różdżce.
Cytat:
popisy samo zachwytu
Samozachwyt razem.
Yajirobei napisał/a:
Wpierw Harry odczuł uczucie ulgi, gdy fircyk wybrał się za pomocą proszku Fiuuu po Hermionę.
No bez przesady, to że Ron ubrał się jak clown to nie znaczy, że trzeba biedaka nazywać fircykiem w każdym następnym zdaniu.
Yajirobei napisał/a:
gdyż mała blondynka opowiadała starszemu chłopcu, o planowanej wyprawie w wakacje w celu złapania chrapaka krętorogiego, ten zaś nie był wciąż pewien, czy dziewczyna żartuje, czy nie.
Znowu wyszło, że to chrapak krętorogi nie wie czy dziewczyna żartuje czy nie.
Yajirobei napisał/a:
powiedział Harry, a wszyscy poza Molly Weasley i Andromedą Tonks wybuchli śmiechem.
Wybuchnęli.
Była tu jeszcze jedna literówka, która teraz mi gdzieś umknęła.
Coś mi tu nie gra z wyrokiem Malfoy'a. Roboty społeczne w św. Mungu podczas gdy Crabbe i Goyle dostają po pół roku? Chyba jakieś zachwianie wartości tu nastąpiło. Malfoy zdecydowanie powinien też iść do więzienia, wtedy byłoby to bardziej bohatersko-cierpiętnicze i jeszcze by się nawrócił albo i stałby się jeszcze gorszy, w zależności od Twojego zamysłu.
I jeszcze jedno. Przeczytałam, że bliźniacy Weasley sobie w najlepsze tańcowali, a przecież Fred zginął w siódmej części! Wskrzesiłeś go na rzecz opowiadania? Jeśli tak to bardzo fajnie, bo lubiłam Freda, ale gryzie się to trochę z faktem, że w pozostałych przypadkach trzymałeś się bardzo szczegółowo fabuły napisanej przez panią Rowling.
Ogólnie mam do tego opowiadania bardzo ambiwalentne podejście. Jest tu wiele rzeczy, które należałoby dopracować.
Prolog jednak bardzo wciąga. Nie znam się na fan fiction, praktycznie nigdy czegoś takiego nie czytam, ale to opowiadanie zaintrygowało mnie właśnie prologiem. Świetny jest pomysł kontynuacji zakończonej już sagi jak i to, że potrafisz połączyć treść książki z własnymi pomysłami, które są bardzo dobre (jak na przykład tajemnicza mroczna pani w prologu). Szczerze powiedziawszy na początku miałam zamiar powiedzieć, że piszesz lepiej niż sama Rowling. Rozdział pierwszy jeszcze się trzyma, jest fajny klimat i zachowana ta cała procedura, a wszystko jest napisane wiarygodnie. Jednak rozdział drugi to już klapa moim zdaniem. Po cholerę te opisy co kto miał na sobie? Rozumiem, że trzeba było opisać przeżycia Harry'ego na widok seksownej kiecki Ginny, ale te opisy jak kto się z kim przywitał? Można to było sobie darować. Podobał mi się jednak ich taniec na końcu, bo to taka zapowiedź tego stylu "seksu, przemocy, tortur i treści dla osób powyżej 18 roku życia", który mnie zaintrygował. Sama wprawdzie nie mam 18 lat, ale chyba nie zabronisz mi czytać Twojej twórczości? :D
Mimo tego wszystkiego opowiadanie mnie wciągnęło. Widzę, że od dawna Cię tu nie było, a szkoda, bo chętnie poczytałabym co będzie dalej.
Dołączył: 07 Maj 2009 Posty: 11 Eryników: 12 Skąd: Szczecin
Wysłany: Nie Lut 14, 2010 1:47 pm
Zmieniłem trochę wstęp i 1 rozdział - na wersje chyba bardziej poprawne i nie rażące tak w oczy. Wyjaśniam, bo uwagi mogą być nieaktualne po zmianie - a zmieniłem, bo pewnie nim skończę dojdzie do wielu poprawek...
Uwagi wyjaśniające:
- Malfoy nie użył żadnych czarów przeciw nikomu ani nie walczył, zatem mniej. Ew. można wyjaśnić to pewnym nepotyzmem ze strony Czarodziejów. Nie lubię wszystkiego wyjaśniać aż tak szczegółowo, niech czytelnik sam pokombinuje...
-W wyjaśnieniu (które obecnie wywaliłem), przyznałem, że kilka osób u mnie żyje, mimo że w oryginalnie im się zmarło.
-Podobno prolog właśnie jest zbyt przewidywalny, ale co człowiek to opinia =)
-Na razie elementów +18 nie ma... Przynajmniej nie kojarzę takowych.
No dobra, jedna osoba chce poznać dalszy ciąg, zatem proszę bardzo:
Rozdział 003. Sprawunki i Urodziny.
- Więc chcecie wrócić do szkoły? – zapytała Minerva McGonagall, nowa dyrektor Hogwartu.
- Tak, pani dyrektor – odpowiedziała Hermiona Granger, była najlepsza uczennica - chcemy kontynuować naukę.
- Chcę zostać aurorem, Ron też – powiedział Harry Potter.- a do tego potrzebujemy OWUTEMÓW.
- Rozumiem – odpowiedziała była wychowawczyni całej trójki – I nie dziwię się waszej decyzji. Nie wy pierwsi o to prosicie. Draco Malfoy został zmuszony do powtórzenia roku, pytał już też o to Neville Longbottom. Oni dostali moje pozwolenie, więc i wam prawdopodobnie go udzielę. Choć i tak mam zamiar wysłać wszystkim z waszego roku sowę, z zapytaniem czy chcą może wznowić naukę. Naprawdę cieszy mnie wasza decyzja.
- A znalazła pani już nowych nauczycieli, pani dyrektor? – zapytała szatynka.
- Na transfigurację tak, będzie nim mój były uczeń. Na stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią nie mamy wciąż szczęścia w poszukiwaniach, choć Gastornis Merrythought powiedział, że się zastanowi. Jednak najgorzej jest
z mugoloznawstwem, tutaj kompletnie nie możemy znaleźć nikogo. No, ale do września jeszcze trochę czasu, mam nadzieję, że uda się nam kogoś zatrudnić.
- Przepraszam pani profesor – Hermiona miała minę, jakby sobie coś dopiero uświadomiła – ale kto zostanie opiekunem Gryffindoru, skoro pani została dyrektorem?
- Hagrid.
- No i zgodziłem się, a to wszystko łobuzy dzięki wam – Hagrid miał wzruszony głos. – Wpierw dzięki wam zostałem nauczycielem, teraz opiekunem domu...
- Nie, Hagridzie, zostałeś dzięki temu, kim jesteś– poprawiła go Hermiona – Dumbledore zawsze w ciebie wierzył, więc i McGonagall wierzy.
- Tak i jesteś naprawdę dobrym nauczycielem! – poparł przyjaciółkę Harry – choć specyficznym. Prawda Ron?
- Tak, twoje lekcje były super – Ron potwierdził zdanie przyjaciela z przesadnym entuzjazmem.
- To czemu przestaliście na nie chodzić? – Hagrid wyczul sarkazm w głosie Rona.
- Nie zaczynaj znoww Hagridzie – uspokajającym, ale ostrym tonem powiedział Harry – mówiliśmy Ci, nie było już takiej możliwości.
- Naprawdę cieszymy się z twojego awansu, Hagridzie – zapiszczała Hermiona.
- Dzięki, łobuzy... – Hagrid zaniósł się wielkim szlochem, skutecznie kończąc rozmowę.
Po udanej wizycie u Hagrida, Harry zostawił swoich przyjaciół i udał się sam do Londynu, do domu przy Grimmauld Place 12. Od czasu, gdy chłopiec zwrócił medalion Regulusa Stworkowi, ten był dla niego bardzo miły i odnosił się z szacunkiem. Potter także zmienił nastawienie do skrzata i zakomunikował mu, że jak znajdą tylko nowy dom, Stworek będzie mógł w nim razem z nim zamieszkać. Skrzat był tym zachwycony, choć nie chciał rozstawać się ze swoim starym domem. Chłopak wobec tego zakomunikował mu, że dwa razy w tygodniu, będzie mógł przybyć do domu Blacków i go posprzątać. Póki jednak nie znalazł nowego miejsca zamieszkania, Stworek sprzątał dom codziennie, mając do pomocy kilka innych skrzatów, których Harry wynajmował na kilka godzin z Hogwartu, którzy chętnie pomagali i pracowali dla pogromcy ich prześladowcy, Lorda Voldemorta, często przy tym wspominając Zgredka i to jak Pan Potter zachował się w stosunku do tego niewdzięcznego ich zdaniem skrzata. Młody panicz Harry zlecił szukanie nowego domu Stworkowi, podejrzewał jednak, że jego podopieczny nie stara się specjalnie, gdyż woli pozostać w domu swej dawnej Pani. Dzisiaj również chłopiec z blizną musiał obejść się smakiem, gdyż nowego lokum ciągle nie udało się znaleźć.
Harry przez cały lipiec był zajęty swoimi sprawami, których miał nadmiar. Szukał nowego domu, gdyż nie chciał mieszkać w rodzinnym domu Syriusza, a niestety domu jego rodziców nie dało się naprawić. Ponieważ Stworek nie przykładał się zbytnio do poszukiwań, Harry większość czasu spędzał w Norze. Nie smuciło go to zbytnio, gdyż pobyt w domu Weasleyów dawały możliwość widzenia się z Ginny, a to oznaczało przede wszystkim mile spędzany czas. Młoda zakochana para (której zazdrościło 90% młodych dziewcząt, według ostatniego sondażu w Proroku Codziennym) najczęściej spędzała czas razem na spacerach, czy grywając w Quidditcha, choć najmilej spędzali go w nocy, kiedy mogli do woli się całować. Ginny, który obawiała się jeszcze matki, nie pozwalała Harry’emu na zbyt wiele harców przed ukończeniem szkoły, choć młody Potter dobrze już poznał jej ciało dzięki zmysłowi dotyku.
Nie wszystkie jednak sprawy, jakie Harry musiał załatwić w lipcu, były takie miłe. Z poczucia bowiem obowiązku i odpowiedzialności spotykał się z Dursley’ami, którym wpierw pomógł odbudowywać dom (nim do niego powrócili), a potem zmuszony był przeprowadzić długą i żmudną rozmowę. Była ona trudna, choć bardziej owocna niż ich wszystkie dotychczasowe. Rok w ukryciu zmienił trochę Dursley’ów: Vernon był spokojniejszy, cichszy, choć było widać, że jego stosunek do syna siostry swojej żony nie zmienił się ani o jotę. Dudley był bardziej przyjacielski, choć najmniej z całego towarzystwa rozumiejący, co się dokładnie wydarzyło. Największa zmiana zaszła w Petunii. Od czasu, kiedy Harry zobaczył wspomnienia Snape’a chciał z nią o tym porozmawiać. Długa, spokojna i szczera rozmowa wiele wyjaśniła i chłopak w końcu mógł pomyśleć, że o ile nigdy nie będzie miał idealnych stosunków z jedyną swoją żyjącą rodziną, to topór wojenny ostatecznie został zakopany i Potter będzie mógł się pojawić na kolacji wigilijnej u państwa Dursley’ów. Nie częściej niż raz na cztery lata, jak poinformował go jego ukochany wuj, choć i tak Harry uznał to za sukces.
Kolejną niemiłą sprawą były artykuły Rity Skeeter w nowo założonym przez nią piśmie, „Czarodziejska Prawda”. Dziennikarka, która już wiele razy pisała o Harrym Potterze same bzdury, czyniła to znowu. O ile nie poddawała w wątpliwość jego ogromnego wkładu w pokonanie Lorda Voldemorta i jego innych wielkich dokonań, to obrała sobie nowy cel ataku. Redaktorka uznała bowiem, że młodzieniec został szarą eminencją w ministerstwie magii, i pociąga za wszystkie sznurki, począwszy od samego Kingsley’a Shacklebolta. Według Skeeter, chłopiec z blizną miał mieć wpływ na wszystko, co dzieje się
w czarodziejskim świecie. Największy jednak nacisk został położony na stosunki Harry’ego
z dziewczynami, gdzie szczegółowo opisane zostały zmyślone podboje chłopaka. Dziennikarka jako „miłości” Harry’ego wymieniała Ginny, Hermionę, Lunę, pozostałe koleżanki ze szkoły oraz różne inne kobiety, o których ten nigdy nie słyszał. Po paru pełnych bluźnierstw numerach pisma na redaktorkę naczelną został złożony anonimowy donos, zawiadamiający ministerstwo, że Rita jest niezarejestrowanym animagiem. Po szybkim
i wnikliwym śledztwie, redaktorka naczelna została usunięta ze stanowiska i skazana na sześć miesięcy w Azkabanie. Potterowi zrobiło się nawet żal aresztowanej, ale postanowił przezornie nie podpadać niczym Hermionie. Tak na wszelki wypadek.
Wreszcie, dwudziestego pierwszego lipca lipca, Harry’emu udało się kupić dom. Znajdował się on w ukrytej prze Mugolami strefie pod Londynem, zamieszkanej przez czarodziejów. W bliskim sąsiedztwie nie było żadnej innej posiadłości, gdyż poprzedni właściciel cenił sobie prywatność. Młodzieniec zapłacił za dworek pośrednikowi, gdyż
o wcześniejszym lokatorze wszelki słuch zaginął, a lokum skonfiskowało ministerstwo za długi. Potter zakupił nieruchomość za przyzwoitą sumkę i sprowadził do niego Stworka. Aby staremu skrzatowi nie doskwierała samotność, sprowadził mu do pomocy Mrużkę, która zgodziła się służyć Harry’emu, choć odmówiła przyjmowania zapłaty. Brunet, w nowym domostwie, z nowym zapałem i z dwoma skrzatami do pomocy zaczął przygotowywać przyjęcie urodzinowe.
Trzydziestego pierwszego lipca 1998 roku Harry kończył 18 lat. Od roku był już pełnoprawnym czarodziejem, a od 17 lat znajdował się we wszystkich podręcznikach traktujących o współczesnej historii czarodziejów. Pokonał największego i najgroźniejszego czarnoksiężnika wszechczasów kilkakrotnie aż ostatecznie go zabił. Dopiero w tym roku udało mu się zakupić własny domek, gdzie mógł sam wyprawić swoje urodziny. A także Neville’a, który był od niego starszy o ledwie dzień.
Impreza z okazji osiemnastych urodzin została oficjalnie uznana za udaną. Pojawili się najbliżsi Harry’ego, którzy pomogli mu przezwyciężyć trudne chwile. Tak wiec przybyła prawie cała rodzina Weasley’ów, za wyjątkiem jedynie Charliego, który pracował
w Rumunii. Przybyli członkowie Zakonu Feniksa, Hagrid, dyrektor McGonagall, Kingsley, Hestia Jones, Dedalus Diggle. Nade wszystko przybyli jego przyjaciele, Ron, Hermiona , Luna, Neville oraz jego dziewczyna Ginny. Wszyscy bawili się znakomicie. Było przepyszne jedzenie, tańce, śpiewy, prezenty dla Harry’ego i ogólnie panował bardzo przyjemny nastrój. Harry żałował, że nie ma z nim teraz Syriusza, Remusa czy Tonks. Jeden z pokoi przeznaczył jako „izbę pamięci”, gdzie powiesił w ramkach zdjęcia ludzi dla siebie ważnych, wśród których znalazła się cała wymieniona trójka, ale też jego rodzice, Hagrid, Dumbledore i jego przyjaciele. Stworek dowiesił później zdjęcie Regulusa, zaś Harry przeciwko temu nie protestował. Ku swemu zdziwieniu, między Lily a Dumbledore’m znalazł zdjęcie Snape’a, choć nie mógł sobie przypomnieć, by i kiedy je wieszał.
Salon w nowym domu Pottera w końcu pozostał prawie pusty. Większość gości powróciła do domu, zjadając wszystko, co było dla nich przygotowane i wypijając mrowie alkoholu. Po ich wyjściu dwa domowe skrzaty posprzątały, ukłoniły się Panu i poszły spać do swoich przytulnych, malutkich pokoików, które Harry kazał dobudować specjalnie dla nich. Nie wszyscy jednak powrócili do swoich mieszkań. Piątka przyjaciół Harry’ego została u niego w domu, decydując się na popijawę do białego rana.
- Urządziłaś ... hik! Her... hik! miono... hik! Tą Skeeter – czknął Ron. Ognista Whisky szumiała mu w głowie.
- Należało się suce, za to co pisała o Harrym i o nas! – Hermiona powiedziała to tak wzburzona, że gwałtownym ruchem ręki wylała whisky.
- Uważaj, jak machasz rękoma, wiedźmo – syknęła Ginny.
- I nie rozlewaj whisky, szkoda dobrego trunku – mruknął Neville, intensywnie macając nogę, która wydawała mu się być nogą Luny, a była nogą Rona. Ten jednak uważał, że dotyka go Hermiona, więc pojękiwał cicho z rozkoszy patrząc wymownie na swoją dziewczynę.
- Ładne mieszkanie Harry – zauważyła Luna, wypowiadając pierwszą przytomną uwagę od czasu, gdy przy wejściu zderzyła się czołowo z komodą.
- Szkoda, że nie ma nargli – powiedziała zgryźliwie Hermiona, starając się nie zwracać uwagi na odgłosy wydawane przez Rona, choć Harry’emu zdawało się, że wymruczała słowo: „zboczeniec”.
- Dziękuję, Luna, mnie też się podoba – powiedział Harry udając, że nic nie słyszał
i zajrzał w dekolt pochylającej się nad nim dziewczyny o kasztanowych włosach.
- Oooooooooo – zawodził Ron.
- Idę spać, jest trzecia nad ranem – mruknęła Luna, która wstając potknęła się o dywan. Harry zaprowadził ją do sypialni, gdzie blondynka runęła jak długa w ubraniu na łóżko.
Zabawa zaczynała dobiegać końca. Wkrótce zaprowadzono do pokoju Rona, którego trzeba było praktycznie zanieść. Kolejni imprezowicze zaczynali się rozchodzić do swoich komnat, aż w końcu w pokoju został sam Harry, w milczeniu osuszający resztę whisky.
Młody Potter wziął butelkę usiadł na kanapie w swoim nowym salonie. Włączył telewizor, pobawił się pilotem, przełączając kilka kanałów, aż zatrzymał się na Cartoon Network, gdzie akurat powtarzano odcinki „Owcy w wielkim mieście” . Harry zaśmiewał się do rozpuku przez cały odcinek, mimo iż niewiele udawało mu się dostrzec, aż
w końcu wyłączył telewizor. Ledwo udało mu się wstać z kanapy i ruszył chwiejnym krokiem przez ciemny korytarz, do sypialni, którą dzielił ze swoją dziewczyną. W połowie drogi, gdy ukradkiem zajrzał przez uchylone drzwi jednej z komnat, zobaczył dziewczęcą sylwetkę, siedzącą bokiem w fotelu w jednym z pokoi. „Ginny”, przemknęło mu przez myśl. Chłopak zakradł się do pomieszczenia i kiedy podszedł wystarczająco blisko, a młoda kobieta wciąż zdawała się nic nie dostrzegać, zdecydował się ją pocałować. Ujął ją więc za głowę i delikatnie odwrócił w swoją stronę, nie czując z jej strony oporu. Mając na wpół otwarte oczy dotknął ust Ginny swoimi ustami, po czym delikatnie wysunął język. Jego miłość odpowiedziała mu tym samym, delikatnie zderzając się z jego językiem, i pozwalając mu eksplorować jej usta. Dziewczyna, wciąż całując Harry’ego zsunęła się z fotela, prosto w jego ramiona. Chłopak siedział na dywanie, czując jak jest obejmowany w pasie nogami swojej wybranki i smakując słodycz jej ciała. Potter krążył rękoma dotykając jej ramion, pleców, pośladków i piersi, które reagowały subtelnie na te doznania. Młodzieńcowi coś jednak zaczęło nie pasować, gdyż wielkość ani kształt piersi i pupy dziewczyny nie były takie same, jak zazwyczaj. Harry skoncentrował całą swą uwagę i otworzył szeroko oczy, zwalczając pijacką mgiełkę i wysilając swój wzrok. Jego zdumienie było tak wielkie, że gwałtownie przestał całować dziewczynę, zaś jego ręce znieruchomiały na jej ciele.
- Hermiona?
- Harry? – odpowiedziała przerażona dziewczyna, która także zdawała się odzyskiwać zmysły – myślałam, że... – odpowiedziała, robiąc się coraz bardziej blada i uciekła nie dokończywszy myśli.
Harry Potter siedział na dywanie kilka minut, wpatrując się tępo w kierunku,
w którym oddaliła się jego najlepsza przyjaciółka. Jego mózg nie potrafił poradzić sobie
z sytuacją, jaka przed chwilą zaszła. Chłopak w końcu wstał powoli i skierował się do swojej sypialni. Czuł ogromne wyrzuty sumienia, szczególnie dlatego, że podczas całego zajścia odczuwał podniecenie.
W swoim pokoju zastał spokojnie śpiącą Ginny, ubraną jedynie w seksowną piżamkę. Harry przebrał się w nocny strój, położył się obok swojej dziewczyny, pocałował ją delikatnie w czoło i oparłszy głowę na poduszce, zasnął snem sprawiedliwego.
Rozdział 004. Nieoczekiwane podarki.
Następnego ranka, po urodzinach Harry’ego i Neville’a, Hermiona opuściła bawiące się towarzystwo, nikogo o tym nie informując. Gospodarz nie czuł się w tej sytuacji komfortowo, jako że miał przypuszczenie, że zachowanie jego przyjaciółki spowodował nocny „incydent”. Nie miał jednak odwagi nikomu się z tego zwierzyć, wręcz uznał, że zatajenie tego przed rodzeństwem Weasley’ów będzie najrozsądniejsze. Stan przytomności pozostałych pozwolił mu odetchnąć – Ginny, Neville i Luna mieli zbyt wielkiego kaca, by zauważyć brak Hermiony, a Ron przejmował się ostatnio jedynie sobą. W końcu Rudzielec odkrył brak swojej dziewczyny, ale nie ruszyło go to zupełnie i zajął się opracowywaniem swoich wspomnień o walce i pokonaniu ich największego adwersarza dla „Proroka Codziennego”. Potter wiedział, że jego najlepszy przyjaciel otrzymał sporo pieniędzy
z opisywania wydarzeń, które doprowadziły do zniszczenia Lorda Voldemorta. Okularnikowi
i Hermionie także składano kilkukrotnie taką propozycję, oboje jednak konsekwentnie odmawiali.
W końcu wszyscy udali się do swoich domów, a we dworku Harry’ego został jedynie on sam i jego dziewczyna Ginny. Oboje nie nacieszyli się jednak długo swoim towarzystwem, gdyż po wspólnie przez nich zjedzonym obiedzie pojawiła się zirytowana pani Weasley, która mimo argumentacji swej córki, że jest już dorosła, zabrała ją do Nory. Potter zdążył jeszcze usłyszeć od swojej ukochanej, że zaprasza go na swoje urodziny, póki nie znikła wraz z matką z hukiem za drzwiami.
Harry kilka kolejnych dni spędził samotnie, poznając dokładnie każdy zakamarek domu i zakupując do niego coraz to nowe rzeczy, od mebli poprzez pralkę aż do wielu książek. W najmniejszym pokoiku stworzył biblioteczkę, której zawartość
i różnorodność przypadłyby do gustu nawet Hermionie. Jego dwa skrzaty domowe, Mrużka
i Stworek, pomagały mu ochoczo w urządzaniu nowego domu. Wszystko szło świetnie.
Pewnego pięknego, słonecznego przedpołudnia, kiedy osiemnastoletni Potter sączył herbatkę w swoim skromnie urządzonym salonie, rozległo się pukanie do drzwi. Harry pomyślał, że to pewnie Ginny uzyskała pozwolenie od matki i wpadła na niewinne igraszki. Ku swojemu zaskoczeniu na progu nie stała jego dziewczyna, ale młody czarodziej, który rozmawiał z nim na przyjęciu wydanym po obaleniu Lorda Voldemorta.
Mężczyzna ubrany był w szary płaszcz z wpiętą w niego czerwoną broszką
w kształcie liścia. Wpatrywał się z uwagą w Pottera, a na jego twarzy gościł drwiący uśmieszek.
- Dzień dobry, panie Potter. Sądząc, po pańskim zdumieniu, nie pamięta mnie pan. Jestem Antares Monoceros, byliśmy na dzisiaj umówieni.
- Ja... pamiętam ... pamiętam, że się umówiłem – Harry nie mogł dojśc do siebie, był
w wyraźnym szoku – ale wyleciało i z głowy, że dziś .... A tak w ogóle to skąd pan wie, gdzie...
- Gdzie pan mieszka? Zapytałem kogo trzeba w ministerstwie, kiedy znudziło mi się czekać na sygnał od pana. – uśmiech na twarzy przybysza jeszcze się poszerzył - jest więc pan w stanie poświęcić mi czas dzisiaj, jak było umówione?
- Ja... nie wiem... Chyba.. Tak – odpowiedział Harry, którego szok powoli mijał.
- Świetnie! – ucieszył się Antares – to udamy się do mojego gabinetu? Ma pan podłączony kominek pod sieć Fiuu?
- Co?... A, tak. – Potter patrzył na przybysza w otępieniu.
- No to lecimy.
Czarodzieje weszli do domu „wybrańca”, który po przekazaniu kilku uwag swoim skrzatom, wszedł zaraz do kominka. Drugi mężczyzna uczynił to samo, wziął garść proszku, głośno krzyknął: „ulica Pokątna, Monoceros!”. Wszystko spowił dym i po chwili obaj znaleźli się w innym kominie. Po pozbyciu się wszędobylskiego pyłu, Harry rozejrzał się po pomieszczeniu, w który został przetransportowany. Znajdował się w sporym pokoju,
w którym pod oknem było ustawione potężne biurko, przy którym stał wygodny fotel . Po drugiej stronie znajdowała się kanapa, oraz kilka foteli. Wielki regał z książkami i zwiniętymi pergaminami stał obok przejścia do drugiego pokoju. Na przeciwległej zawieszony był stary gobelin. Harry nie wiedział, co ma zrobić, gdyż jego przewodnik zniknął w drugim pokoju. Czekał, czując się nie komfortowo, aż wrócił Antares, niosąc butelkę ze złocistym płynem
i dwiema szklankami. Położył je na biurku, i zaprosił młodszego czarodzieja, by zajął miejsce na jednym z foteli przeznaczonych dla gości. Po napełnieniu obu szklanek i podaniu jednej Potterowi, usiadł na swoim miejscu pracy i skrzyżował ręce.
- Witam jeszcze raz, panie Potter. Zanim przejdę do rzeczy, być może wyjaśnię, kim jestem i czym się dokładnie zajmuję. Jak zapewne pan pamięta, ale powtórzę dla pewności jeszcze raz, nazywam się Antares Monoceros, ale proszę mówić mi po imieniu. Nie widzę sensu, mówienia sobie na pan, gdyż nie jesteśmy starymi dziadami. No chyba, że sobie pan tego życzy?
- Nie, Antaresie. Harry Potter – przedstawił się – proszę mówić mi Harry.
- Miło mi Harry. Wyjaśnię ci, czym się zajmuję, to będzie ci łatwiej zrozumieć, po co tu jesteś. Moja rodzina, od wielu wieków, zajmuje się, krótko to ujmując, magicznymi kontraktami między czarodziejami.
- Kontraktami między czarodziejami? Ale jak, tworzycie je, czy...
- Spokojnie, Harry. Wyjaśnię Ci. Właściwie i tworzymy i nie tworzymy. Większość kontraktów do funkcjonowania i późniejszej możliwości ich egzekwowania potrzebuje potwierdzenia osoby do tego upoważnionej. Tak się składa, że moja rodzina od wieków posiada ten przywilej i dzięki temu czarodzieje proszą nas o to, byśmy swoim autorytetem pilnowali takiej umowy. Podam ci przykład. Jeśli dwoje wielkich przyjaciół, chciałoby, żeby ich dzieci zostały małżeństwem, najczęściej przychodzą do naszego biura i proszą, byśmy potwierdzili ich wolę. Oczywiście nie wszystkie takie dokumenty wymagają naszej ingerencji. Testamenty, wieczyste przysięgi, niektóre spisy długów są tworzone w inny sposób. Wszystkie jednak dokumenty przechowywane są u nas, nawet jeśli nie są konieczne nasze usługi przy ich tworzeniu. Dokumentów jest wiele typów, najważniejszymi są testamenty, które nabierają mocy wraz z podpisaniem ich własną krwią. Oczywiście, nie jesteśmy na tyle naiwni, by zaakceptować testament, którego autor, po złożeniu podpisu, ginie w podejrzanych okolicznościach, jedząc zupę. Wszystkie ostatnie wole czarodziejów są sprawdzane przez nas i ministerstwo pod kątem autentyczności. Inny rodzaj kontraktów, jak wieczysta przysięga, do funkcjonowania wymaga gwaranta, który właściwym zaklęciem łączy umawiające się strony. Takim gwarantem może zostać każdy, kto zna odpowiednie zaklęcie, oczywiście. Kontrakty małżeńskie, czy złamane obietnice – wymagają naszego wsparcia, ale w tym drugim przypadku nie wymagamy porozumienia między dwoma czarodziejami...
- Kontrakty małżeńskie? Naprawdę są takie kontrakty?
- Oczywiście, dość popularne zresztą i stosowane przez stare czarodziejskie rody między czarodziejami czystej krwi. Ogólnie rzecz biorąc, zajmujemy się wszystkimi rodzajami czarodziejskich kontraktów, przechowujemy i pilnujemy, by nie straciły długości obowiązywania, bo to ma wtedy niemiłe konsekwencje. Napij się, to whisky – powiedział Anatares wychylając jednym haustem zawartość szklanki.
- Jakie konsekwencje ? – zapytał przerażony Harry, obawiając się, że to może dotyczyć jego. Nie tknął alkoholu.
- To zależy, co strony ustaliły. Najczęściej kontrakty małżeńskie, jeśli nie są skonsumowane, to załatwia się na dwa sposoby – przesuwa się ten kontrakt w czasie, albo płaci za niego odszkodowanie. Niestety, jeśli kontrakt jest poważniejszy, a nie zostanie uregulowany, może zakończyć się klątwą, a czasem i wiarołomcy grozi śmierć.
- Czy mi grozi ... – zaczął Potter, ale Antares szybko mu przerwał.
- Nie, nie. Nie grozi ci niż z tych rzeczy. Będziesz żył, ciebie to nie dotyczy, to był zwykły przykład. Twoje kontrakty są innego rodzaju. Inna kwestia, czy ci się spodobają, ale...
- Co ma mi się nie spodobać? Zatem zostałem wezwany z powodu jakichś złamanych kontraktów?
- Wiesz, Harry, czy ci się spodoba czy nie, to ocenisz po wysłuchaniu, tego co mam ci do powiedzenia, a do tego dojdziemy... za moment. I oczywiście, zostałeś wezwany tu z powodu kontraktów, których, na całe szczęście, jeszcze nie złamano. Jednak jest inny problem.
- Jaki to problem Antaresie? – Harry’emu zaschło w ustach, więc upił łyczek whisky, ale po chwili zaczął się krztusić.
- Harry... Jak wiesz, twoi rodzice i twój ojciec chrzestny, zostawili testamenty. Niektóre w części zostały ci przekazane... Niestety nie wszystkie. Obawiam się również, że od czasu gdy wstąpiłeś do Hogwartu przybyło ci kilka kolejnych, w związku z niektórymi czynami, jakich dokonałeś. - jego gospodarz nalał sobie drugą szklankę i upił z niej zdrowo.
- Mam kilka testamentów do wypełnienia? – zakrzyknął Harry – Nie chcę ich!
- Domyślałem się tego. Niestety to nie takie proste. Po pierwsze, zaakceptowałeś kilka punktów testamentów, jakie napisali twoi rodzice i ojciec chrzestny. Kłopot Harry leży w tym, że trzeba akceptować testament w całości i wykonać wszystkie jego punkty. Na tym nie kończą się nasze problemy. Są jeszcze co najmniej dwa większe. Po pierwsze, by wykonać większość tych kontraktów, trzeba spełnić pewne warunki. Niektóre z punktów opatrzone są klauzulami, że wcielić je w życie może tylko dorosły czarodziej, który ukończył szkołę. Od roku spełniasz pierwszy warunek, ale nie ukończyłeś nauki, więc jest problem....
- Zapisałem się ponownie do szkoły i ukończę ją w tym roku, skoro taki problem, bym nie miał na głowie nowych kłopotów – powiedział bardzo zły młody Potter.
- Nie ma co się denerwować, Harry, a nawet jeśli, to nie na mnie. Ja nie tworzyłem tych dokumentów, ani ich nie gwarantowałem. To, że zdecydowałeś się kontynuować
i dokończyć naukę, to bardzo dobra nowina. Dziwne, że nie odnotowano tego
w naszych papierach, ale muszę porozmawiać o tym z nową panią dyrektor.
- Zamierzasz zrobić awanturę profesor McGonagall? – spytał Harry z nutką podziwu
w głosie.
- A czy ja powiedziałem, że zamierzam zrobić awanturę pani dyrektor? O ile dobrze pamiętam, powiedziałem tylko, że porozmawiam. Wiesz, Harry, chodziłem do Hogwartu i byłem nauczany przez jego obecną szefową. Jestem uważany za dość inteligentnego, zupełnie jak ty, Harry i zdecydowanie nie zamierzam wszczynać awantury z panią profesor. Nie jestem masochistą ani samobójcą.
- Tak, to byłoby nierozsądne – Harry nie potrafił się uśmiechnąć, wciąż myśląc
o testamentach. Nie podobało mu się to coraz bardziej, ale słuchał czekając na kolejne wiadomości. By ukryć zażenowanie upił kolejny łyk whisky.
- W każdym bądź razie, to że wracasz do szkoły to bardzo dobrze. Mogę odroczyć ich wykonanie o rok, bo tyle czasu jeszcze mamy. – Monoceros widząc przerażoną twarz swego rozmówcy, uśmiechnął się z zakłopotaniem i westchnął – Niestety, tylko odroczyć, Harry. Zgadzając się na niektóre punkty z testamentów, jakie otrzymałeś, nie masz wyboru, musisz zgodzić się i na pozostałe. To się tyczy testamentu, jaki zostawili ci James i Lilly Potter. Zdecydowałeś się także przyjąć testament Syriusza Blacka, twojego ojca chrzestnego, który usynowił cię i przez to dodano wiele załączników poświęconych twojej osobie do swego testamentu. Twoje interakcje
z innymi czarodziejami spowodowały, że przybyło ci sporo kolejnych papierów... Już nie wspomnę, że musiałem dokupić nową sza...
- Syriusz mnie usynowił? – zapytał Harry ochrypłym głosem, gdy już wróciła mu zdolność mówienia.
- Tak. Nie wiedziałeś? Przykro mi zatem, ale dyrektor Dumbledore, jako jeden
z wymienionych w testamencie opiekunów miał wziąć na siebie odpowiedzialność przekazania ci tej informacji. Jeśli tego nie zrobił, to...
- A kim byli moi inni opiekunowie? – wpadł mu w słowo młodzieniec w okularach.
- Twoimi innymi opiekunami byli jeszcze Syriusz Black, Petter Pettigrew i twoja ciotka. Z Blackiem i Pettigrewem było zamieszanie, bo na dwanaście lat, za zdradę, wymazaliśmy nie tego co trzeba... No w każdym bądź razie trzech wymienionych przez twoich rodziców opiekunów nie żyje, a ostatnim jest mugolka, więc zostałem zmuszony by samemu to wytłumaczyć. Przykro mi, że dowiadujesz się tego ode mnie, myślałem, że dyrektor Dumbledore przekazał ci wszystkie informacje.
- Nie przekazał – powiedział cicho Harry.
- Wiem, dlatego przeprosiłem. Na czym to ja skończyłem? Aha. Więc otrzymałeś piekielnie dużo testamentów, młodzieńcze. Tak by powiedział ci mój ojciec, gdyby to on z tobą rozmawiał. A ja ci pokrótce tylko powiem, że... udupili cię, chłopie. A także i ja jestem w nie komfortowej sytuacji... Diabelnie kiepsko. Nie mogę ci powiedzieć, czego dotyczą te testamenty, bo nie spełniasz wszystkich warunków, nie ukończyłeś szkoły. Z drugiej strony są ramy czasowe, które jeśli zostaną przekroczone przyniosą konsekwencje w postaci klątw, uroków i strat materialnych. No i wreszcie, nie możesz odrzucić tych testamentów, bo samoistnie na niektóre się zgodziłeś, a niektóre nie mogą być odrzucone, bo grożą ci poważne konsekwencje.
- Mówiłeś, że nic mi nie grozi! – wrzasnął Potter.
- Śmierć ci nie grozi, okaleczenie czy utrata kończyn też nie. Jednakże jest kilka rzuconych uroków i zaklęć, które zaczną działać, jeśli nie spełnione zostaną wymogi testamentu. Klops, krótko mówiąc.
- Grożą mi jakieś cholerne uroki? I nie mogę nic z tym zrobić? To śmieszne, to szantaż!
- Tak, w pewien sposób jesteś szantażowany. Nie ja to czynię, ale fakt faktem, nie masz dużego wyboru... Ja zresztą również.
- Co to za sprawy, co ja mam wykonać, bym nie umarł od jakichś cholernych klątw!?
- Proszę nie krzyczeć, panie Potter. Mówiłem, że nie umrzesz. A co masz zrobić .... Niestety dokładnie nie mogę powiedzieć, bo wtedy musielibyśmy otworzyć te części testamentu, które wymagają ukończonej szkoły i osiemnastu lat. Nie możemy tego zrobić, a właściwie ty Harry nie możesz, bo nie spełniasz wymogów, więc próba ich otwarcia zakończyłaby się dla nas obu jakimś niemiłym zaklęciem. Co się tam zaś może znajdować? No to, co zwykle – odziedziczy pan trochę nieruchomości, pieniędzy, miejsca i udziały w różnych instytucjach. Na pewno niewykonane czarodziejskie kontrakty, które będzie trzeba albo wykonać, albo opłacić lub otrzymać zadośćuczynienie pieniężne. To zapewne tam na ciebie czeka. Jednak cenna informacja, jaką mi przed chwilą przekazałeś, oznacza, że znalazłem dla nas obu rozwiązanie.
- Jakie? – zapytał zrezygnowany i podłamany całkowicie Potter.
- Harry, proponuję ci proste rozwiązanie: odczytam ci te wszystkie testamenty i ich zawartości za rok, po ukończeniu przez ciebie szkoły. Możemy sobie na to pozwolić, gdyż termin wykonania wszystkich kontraktów nie jest krótszy niż dwa lata, więc po ich otworzeniu będziesz miał rok, na ich wypełnienie.
- Rozumiem, że nie mogę odmówić?
- Obawiam się, że nie, Harry. Jednak naprawdę zapewniam cię, że w większości punktów regulaminów zyskujesz różne dobra. Spłat i długów, które pan... to znaczy ty, musisz uregulować, jest zdecydowanie mniej. Ostatecznie powinien pan być zadowolony, panie Potter – ach, wybacz Harry, że przechodzę między tymi dwiema formami, zważywszy, że czasem myślę, że wypada być bardziej grzecznym. Więc Harry, proponuję pozostać w kontakcie i spotkać się jak ukończysz szkołę. A teraz, nie martw się niczym, bo uwierz, to co jest tam zapisane nie jest przykre. W końcu twoi rodzice czy ojciec chrzestny, nie chcą ciebie skrzywdzić, prawda?
- Tak – Harry nie potrafił nic na to innego odpowiedź, ale argumentacja Antaresa trochę go przekonała. Wziął kolejny łyk, jego gospodarz zaś kończył już trzecią, a może już czwartą szklankę.
- No widzisz, głowa do góry, teraz tylko rok w szkole i spokój. A tak a propos, słyszałem, że chcesz zostać aurorem?
- Tak, chcę – powiedział Harry myśląc tylko o testamentach.
- Mój przyjaciel Trillian nim został, pewnie ci pomoże, jak będziesz odbywał szkolenie. Jestem pewien, że cię przyjmą. No nic, niestety dziś nic nie uda nam się załatwić. Przykro mi z tego powodu, Harry. Mam nadzieję, że spędzisz mile ten rok nauki
w szkole. Przewidują pewne atrakcje, choć z tego co wiem, co roku miewałeś takowe... Wobec tego bardziej na miejscu będzie wyrażenie życzenia, byś spędził ten rok nader spokojnie.
- Mam również taką nadzieję – powiedział Potter, nie będąc tego wcale tak do końca pewien..
- To do widzenia, Harry. Jakbyś chciał, możesz mnie odwiedzić kiedyś. Będziesz zawsze mile widziany. I nie przejmuj się, zawartość twego dziedzictwa nie jest wcale taka zła, jak ci się teraz wydaje.
- Przemyślę zaproszenie – powiedział brunet, zanim zniknął w kominie.
- Choć szczerze mówiąc – Antares nalał sobie kolejną szklankę i obracał ją w dłoniach, mówiąc na głos do pustego już pokoju – jak usłyszysz zawartość swych testamentów, to raczej się wkurzysz, Harry Potterze.
Po tych słowach wychylił duszkiem całą szklankę i uśmiechnął się patrząc na leżące przed nim akta. W tej samej chwili znajdujący się w swoim mieszkaniu Harry Potter potężnie kichnął.
Pomógł: 7 razy Dołączył: 17 Kwi 2010 Posty: 94 Eryników: 30 Skąd: Z południa
Wysłany: Sro Kwi 21, 2010 9:33 pm
Przyznaję, że dwóch poprzednich rozdziałów nie przeczytałem, podobnie jak żadnej książki o Harrym Potterze. Zaczynałem każdą z nich, po czym okazywało się, że to nie mój gatunek. Właściwie miałem tego świadomość, jednak zależało mi na poczuciu, że próbowałem.
Yajirobei napisał/a:
- Tak, twoje lekcje były super – Ron potwierdził zdanie przyjaciela z przesadnym entuzjazmem.
Nigdy określenie „super” nie kojarzyło mi się z HP, ale widocznie może. To Ty jesteś ekspertem w tej dziedzinie, przynajmniej mam taką nadzieję.
Yajirobei napisał/a:
- Nie zaczynaj znoww Hagridzie
Literówka, przecinek przed imieniem i „znowu” zamiast „znów”.
Yajirobei napisał/a:
Po udanej wizycie u Hagrida
Dlaczego była udana? Bo do niej doszło, czy udało się w związku z nią coś osiągnąć?
Yajirobei napisał/a:
Harry zostawił swoich przyjaciół i udał się sam do Londynu
Skoro zostawił przyjaciół to najprawdopodobniej udał się sam. W związku z tym niechaj po prostu „ zostawi swoich przyjaciół i uda się do Londynu”.
Yajirobei napisał/a:
Szukał nowego domu, gdyż nie chciał mieszkać w rodzinnym domu Syriusza, a niestety domu jego rodziców nie dało się naprawić. Ponieważ Stworek nie przykładał się zbytnio do poszukiwań, Harry większość czasu spędzał w Norze. Nie smuciło go to zbytnio, gdyż pobyt w domu Weasleyów dawały możliwość widzenia się z Ginny
Domowy zawrót głowy!
Yajirobei napisał/a:
Młoda zakochana para (której zazdrościło 90% młodych dziewcząt, według ostatniego sondażu w Proroku Codziennym) najczęściej
Usuń dopowiedzenie w nawiasie.
Yajirobei napisał/a:
choć najmilej spędzali go w nocy, kiedy mogli do woli się całować.
Tylko całować? Tylko mi zaraz nie powiedz, że tak i w dodatku tylko w policzek.
Yajirobei napisał/a:
Ginny, który obawiała się jeszcze matki
Albo „która się obawiała” albo „który się obawiał”.
Yajirobei napisał/a:
dobrze już poznał jej ciało dzięki zmysłowi dotyku.
Wyobraź sobie, że dziewczyna poprosi Cię, abyś poznał strukturę jej klatki piersiowej dzięki zmysłowi dotyku.
Yajirobei napisał/a:
Z poczucia bowiem obowiązku
Lepiej brzmi, gdy powiesz „bowiem z poczucia obowiązku”.
Yajirobei napisał/a:
którym wpierw pomógł odbudowywać dom
„Wpierw” nie jest niepoprawne, ale zalicza się do grona słów archaicznych i nieeleganckich, wobec tego proponuję zmianę.
Yajirobei napisał/a:
do syna siostry swojej żony
Od dziadka brata wujka jego matki.
Yajirobei napisał/a:
dwudziestego pierwszego lipca lipca
Od kiedy to mamy w kalendarzu takie dublety?
Yajirobei napisał/a:
nieruchomość za przyzwoitą sumkę i sprowadził do niego Stworka. Aby staremu skrzatowi nie doskwierała samotność, sprowadził mu do pomocy
Nieruchomość – rodzaj żeński, więc do „niej”.
Znów chcesz mi zawrócić w głowie?
Yajirobei napisał/a:
Od roku był już pełnoprawnym czarodziejem, a od 17 lat znajdował się we wszystkich podręcznikach traktujących o współczesnej historii czarodziejów.
Słownie „siedemnaście”.
Chcesz powiedzieć, że znajdował się w tych podręcznikach od swoich pierwszych urodzin?
Yajirobei napisał/a:
Impreza z okazji osiemnastych urodzin została oficjalnie uznana za udaną.
Komunikat w tej sprawie wygłosił premier w wieczornym wydaniu telewizyjnego programu informacyjnego.
Yajirobei napisał/a:
- I nie rozlewaj whisky, szkoda dobrego trunku – mruknął Neville, intensywnie macając nogę, która wydawała mu się być nogą Luny, a była nogą Rona. Ten jednak uważał, że dotyka go Hermiona, więc pojękiwał cicho z rozkoszy patrząc wymownie na swoją dziewczynę.
- Ładne mieszkanie Harry – zauważyła Luna, wypowiadając pierwszą przytomną uwagę od czasu, gdy przy wejściu zderzyła się czołowo z komodą.
- Szkoda, że nie ma nargli – powiedziała zgryźliwie Hermiona, starając się nie zwracać uwagi na odgłosy wydawane przez Rona, choć Harry’emu zdawało się, że wymruczała słowo: „zboczeniec”.
- Dziękuję, Luna, mnie też się podoba – powiedział Harry udając, że nic nie słyszał
i zajrzał w dekolt pochylającej się nad nim dziewczyny o kasztanowych włosach.
- Oooooooooo – zawodził Ron.
Co to w ogóle ma być? Nieudana próba przemycenia wątku pseudoerotycznego, czy wymuszony dialog?
Yajirobei napisał/a:
pobawił się pilotem
Pilot nie służy do zabawy. Dorosły chłopak powinien o tym wiedzieć.
Yajirobei napisał/a:
Młody Potter wziął butelkę usiadł na kanapie w swoim nowym salonie. Włączył telewizor, pobawił się pilotem, przełączając kilka kanałów, aż zatrzymał się na Cartoon Network, gdzie akurat powtarzano odcinki „Owcy w wielkim mieście” . Harry zaśmiewał się do rozpuku przez cały odcinek, mimo iż niewiele udawało mu się dostrzec, aż
w końcu wyłączył telewizor.
Tego wszystkiego nie powinno tam być. To nic nie wnosi do sprawy. Jedynie zaśmieca opowieść.
Yajirobei napisał/a:
[…] Dziewczyna, wciąż całując Harry’ego zsunęła się z fotela, prosto w jego ramiona. Chłopak siedział na dywanie, czując jak jest obejmowany w pasie nogami swojej wybranki i smakując słodycz jej ciała. Potter krążył rękoma dotykając jej ramion, pleców, pośladków i piersi, które reagowały subtelnie na te doznania. Młodzieńcowi coś jednak zaczęło nie pasować, gdyż wielkość ani kształt piersi i pupy dziewczyny nie były takie same, jak zazwyczaj. Harry skoncentrował całą swą uwagę i otworzył szeroko oczy, zwalczając pijacką mgiełkę i wysilając swój wzrok.
Dochodzę do wniosku, że ten cały akapit jest do wyrzucenia. Trudno jest napisać dobrą scenę erotyczną. Tobie się to nie udało, kwestia doświadczenia życiowego i literackiego. Z tego co wiem w oryginalnych przygodach o Harrym, autorka darowała sobie takie motywy. Ty też możesz.
Na kolejny rozdział skuszę się może jutro. Podsumowując to co widzę; piszesz zgodnie ze swoją wizją, zainteresowaniami i chwała Ci za to. Nie robisz tego źle, technicznie jest w miarę poprawnie. Popełniasz błędy rzeczowe i nie tylko, momentami zaśmiecasz historię niepotrzebnymi dygresjami, ale mogę powiedzieć, że mimo niechęci do tego gatunku przeczytałem niemalże jednym tchem. Miałem momenty załamania, ale mniejsza o nie. Myślę, że warto kontynuować.
_________________ "Nie zabrną me twory popod żadne strzechy,
bo wtedy na szczęście żadnych strzech nie będzie.
I w ogóle żadnej z tego nie będzie uciechy,
tylko świństwo równomiernie rozpełznie się wszędzie..."
S.I.Witkiewicz
Dołączył: 07 Maj 2009 Posty: 11 Eryników: 12 Skąd: Szczecin
Wysłany: Sob Lip 10, 2010 1:29 pm
Uwagi wyjaśniające do Maćka D.:
Cytat:
Tylko całować? Tylko mi zaraz nie powiedz, że tak i w dodatku tylko w policzek.
Co robili w swym pokoju jest już niedopowiedzeniem i nie jest istotne dla fabuły :)
Cytat:
Wyobraź sobie, że dziewczyna poprosi Cię, abyś poznał strukturę jej klatki piersiowej dzięki zmysłowi dotyku.
Wyobraź sobie, że taka forma była zastosowana jedynie do opowiadania, nie mająca nic wspólnego z realnym życiem.
Cytat:
Chcesz powiedzieć, że znajdował się w tych podręcznikach od swoich pierwszych urodzin?
Nie tyle ja chcę, ile sama pani Rowling to u siebie zaznaczyła, że był sławny od swych czasów niemowlęcych. Gdybyś czytał HP to byś wiedział :]
Cytat:
Co to w ogóle ma być? Nieudana próba przemycenia wątku pseudoerotycznego, czy wymuszony dialog?
Rozmowa dziwnych, podpitych nastolatków.
Cytat:
Trudno jest napisać dobrą scenę erotyczną. Tobie się to nie udało, kwestia doświadczenia życiowego i literackiego. Z tego co wiem w oryginalnych przygodach o Harrym, autorka darowała sobie takie motywy. Ty też możesz.
Po pierwsze, nie używałbym argumentów personalnych, bo nie znasz mnie, nie wiesz ile mam lat i jakie mam doświadczenie życiowe. Nie piszę erotyki (jeszcze nie), sytuacja miała być śmieszną pomyłką (wpadką) po pijaku, obrazem (może i nieudanym literacko), który miałem w głowie, a który mógłby być czytany również przez młodzież. Moje życie erotyczne nie ma tu chyba zbyt wielkiego związku, a przelewać je na papier nie zamierzam. Jeszcze, bynajmniej :]
Po drugie, autorka rzeczywiście sobie te motywy darowała, ale w swoim fanficku przyjąłem inne założenia, choć w pierwszej części nie będzie ich zbyt wiele.
Za słowa konstruktywnej krytyki (okraszonej licznymi pokładami sarkazmu) oraz słowa zachęty dziękuję.
Nowe rozdziały:
Rozdział 005. Ostatni element prezentu. (Uwaga: nie podoba mi się nazwa rozdziału, ale pomyślę nad tym później - na razie napisałem 18 rozdziałów, ale obecnie mam inne plany w głowie)
Czas do urodzin Ginny Weasley minął bardzo szybko. Harry zdążył zapomnieć o wizycie u Antaresa Monocerosa i zajął się nerwowym poszukiwaniem prezentu dla Ginny. Zbyt wiele różnych koncepcji i pomysłów roiło mu się w głowie by móc spokojnie wybrać. Ostatecznie zdecydował się kupić swojej dziewczynie miotłę wyścigową – błyskawicę, na którą poszła znaczna ilość pieniędzy, jednak jego skrytka niezbyt to odczuła. Dokupił jej jeszcze sprzęt konserwujący oraz wiele słodyczy (1) . Wyobrażenie prezentu dla najmłodszej z Weasley’ów nie kończyło się jedynie na Błyskawicy. Potter planował jeszcze kupno kilku innych rzeczy, o których pomoc poprosił Hermionę.
Stanowiło to pewien problem. Harry dogadał się w sprawie wyboru prezentu dla Ginny ze swoją najlepszą przyjaciółką jeszcze przed swoimi urodzinami. Zdarzenie, do jakiego doszło jednak podczas imprezy, stawiało pod znakiem zapytania pomoc, jaką miała mu udzielić „panna Granger”. Potter niecierpliwie oczekiwał jakiegoś sygnału od dziewczyny, bał się jednak sam podjąć inicjatywę, gdyż wydawało mu się, że jego przyjaźń z Hermioną odeszła na zawsze. Szybkie jej wyjście po urodzinach, związany z późniejszym brakiem kontaktu, tylko go w tym utwierdzały.
Chłopak nie mógł dłużej czekać. Do urodzin Ginny pozostał jedynie dzień,
a on wciąż nie miał pozostałych elementów prezentu. Harry postanowił sam wybrać się po podarek, uznając, że jakoś mu się uda wybrać coś, co spodoba się jubilatce. Parę dni wcześniej zamienił cześć pieniędzy czarodziejów na brytyjskie funty. Postanowił ruszać niezwłocznie i akurat gdy skończył się ubierać i przygotowywać, ktoś zapukał do drzwi.
Na progu stała Hermiona. Była ubrana jak mugolka, założyła na siebie jasną bluzkę bez ramiączek i krótką, białą spódniczkę. Uśmiechała się do Harry’ego od czasu, gdy go zobaczyła.
- To co? Idziemy po prezent dla Ginny? Tylko ubierz się jak mugol – zachichotała dziewczyna, wchodząc do przedpokoju domu swojego przyjaciela.
- Już ... – wymamrotał zaskoczony brunet – myślałem, że....
- Przecież się umówiliśmy – Hermiona uśmiechnęła się – idź, szkoda czasu. Mamy cały dzień, wzięłam wolne od Rona.
Harry szybko się przebrał w dżinsy i t-shirta z nadrukiem jakiegoś smutnego faceta w dziwnej fryzurze (2). Hermiona spojrzała na niego akceptującym wzrokiem i oboje przenieśli się do Dziurawego Kotła, który był prawie całkowicie wyludniony, nie licząc barmana i starego czarodzieja popijającego herbatę (3). Z karczmy wyszli na ulicę mugolskiego Londynu i skierowali się do taksówki. Potter zauważył, że Hermiona nie wydaje się być na niego obrażona i postanowił nie przypominać o incydencie, jaki wydarzył się na jego urodzinach.
Ich pierwszym celem było wielkie centrum handlowe, do którego przyjechali samochodem. Oboje skierowali się wpierw do sklepów z ubraniami. Hermiona przymierzała wiele ubrań, od koszulek, przez spódnice i sukienki kończąc na spodniach, jednak żadna rzecz nie wydawała mu się dopasowana do Ginny. W końcu, po dwóch godzinach bezskutecznego przymierzania, młodzi uczniowie Hogwartu poczuli się głodni. Chłopak zaprosił więc swoją przyjaciółkę na wczesny lunch. Wziął w lewą rękę jej torby z zakupami (ubrania sponsorował Harry, wedle umowy zawartej wcześniej z Hermioną) i ruszył po centrum handlowym, szukając stoisk, gdzie sprzedawano jedzenie. Ku jego zaskoczeniu dziewczyna ujęła jego wolną rękę pod łokieć.
Szatynka zdecydowała się na pizzę. Harry zamówił giganta, płacąc szczególnie za dodatkowe przysmaki, które wybrała jego przyjaciółka. Wydatek jednak się opłacił, potrawa smakowała wybornie, a dziewczyna miała nowe siły na opróżnienie potterowskiego portfela. Szybko przybyły nowe siatki, wreszcie jednak kilka była przeznaczona dla jubilatki. Hermiona pomogła wybrać perfumy i skusiła się jedynie na mały flakonik od Harry’ego.
W księgarni spędzili ponad godzinę, kupując wiele książek mugolskich, a dla Ginny Harry zdecydował się kupić tomik wierszy miłosnych. Chłopak wciąż jednak nie zdobył ostatniego składnika prezentu, jednak miał już dosyć zakupów i atmosfery panującej w sklepie. Dotychczasowe zakupy zostawił w skrytce w banku Gringotta – o dziwo wszystkie się zmieściły, gdy jego przyjaciółka użyła zaklęcia zmniejszającego.
- Hermiono, cudownie się robi z tobą zakupy, spędziłem świetnie czas, ale naprawdę już nie mogę, darujmy sobie ostatnią część prezentu...
- Harry Potterze! Chodzę z tobą po sklepach od trzech i prawie pół godziny! Myślisz, że poddasz się teraz ostatecznie, kiedy już została nam jedynie mała rzecz do kupienia?
- Mała rzecz... ale Hermiono...
- Zamknij się Harry, obiecałam, że ci pomogę, to ci pomogę. Bez dyskusji.
Cichy protest chłopaka został zduszony w zarodku, a on sam poprowadzony do kolejnych kramów. Harry czuł się tu bardzo niepewnie. Znajdował się bowiem w sklepie
z bielizną. I to w dodatku z Hermioną, która zamierzała mu doradzać w kwestii kupna bielizny dla Ginny! Brunetowi zrobiło się zdecydowanie za gorąco. Jego przyjaciółka to dostrzegła, gdyż odezwała się w tym czasie:
- Dezercja nie jest możliwa. Pokonałeś Lorda Voldemorta, dasz radę i tutaj.
- Ale... ja...
- Chcesz uszczęśliwić Ginny? To choć i przestań się zachowywać, jakbyś majtek nie widział. Nie nosisz gaci?
- Noszę....
- To przestań gdakać i ruszaj.
Hermiona pociągnęła go za rękę w stronę regałów, które wypełniały wszystkie rodzaje i kolory staników i majtek. Młodzian dostał prawie oczopląsu na ten widok. Szatynka ujęła go mocno pod rękę i zaczęła oprowadzać po sklepie, by wybrał kompleciki do przymierzenia. W końcu wybrał kilka komplecików i ruszyli razem do przebieralni. Harry’emu w gardle stała wielka gula, kiedy jego koleżanka weszła do przymierzalni. Po kilku chwilach Potter usłyszał głos młodej czarodziejki.
- Jak wyglądam?
Harry odwrócił się i poczuł, że gula w jego gardle sięgnęła języka, po czym boleśnie spadła w okolice żołądka. Jego najlepsza przyjaciółka stała przed nim jedynie
w samej bieliźnie. Hermiona ubrana była w czarny biustonosz i czarne majtki. Były bardzo drogie i wykonane z solidnego materiału... ale poza nimi dziewczyna nic na sobie nie miała (poza różowymi skarpetkami, których nie zdjęła). Chłopak studiował uważnie jej ciało, wypatrując najmniejszych szczegółów. Dziewczyna zauważyła jego spojrzenie i przyjęła kilka prowokujących póz, do których zaliczyć należy pochylenie się z jednoczesnym ściskaniem piersi i ukazanie w całości wypiętej pupy w figach.
- Oceniasz bieliznę czy moje ciało, panie Potter? – zapytała z uśmiechem szatynka opuszczając prowokacyjnie ramiączko stanika i zasuwając szybko kotarę przed zdumionym chłopakiem.
Harry postanowił się skupić na bieliźnie i jej odpowiednim doborze, co nie było wcale takie łatwe. Jego przyjaciółka przymierzała jeszcze seksowny czerwony komplet, prześwitujący fioletowo – czarny gorset, w komplecie z majtkami i pończochami; kolejny czarny komplecik, z większym wcięciem na dekolcie, stringami oraz kratkowanymi pończochami, które Hermiona zwała kabaretkami; białą, satynową bieliznę z białym pasem do pończoch i nimi samymi i kilka innych komplecików. Harry, wpierw onieśmielony,
w końcu z pewną dozą cwaniactwa nauczył się prosić bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia o ponowne pokazanie się koleżanki w strojach pobudzających jego zmysły. Dziewczyna czyniła to chętnie, a młody czarodziej cieszył tymi widokami swoje oczy. W końcu Potter wybrał kilka komplecików, a Hermiona poinstruowała go o różnicach w budowie między nią a Ginny i dzięki pomocy młodej sprzedawczyni udało się kupić komplety, które idealnie przylgnęłyby do ciała jego dziewczyny. Gdy przyjaciółka wyszła na chwilę do toalety, Harry zakupił kilka par,w których jego przyjaciółka bardzo mu się podobała, pamiętając o jej nadchodzących urodzinach.
Zakupy udały się świetnie. Hermiona i Harry, w znakomitych nastrojach, wrócili do domu chłopaka, gdzie zjedli kolację i śmiali ze swoich żartów. Wieczorem dziewczyna stwierdziła, że musi wracać do rodziców i miły dzień musiał dobiec końca.
- Dziękuję za pomoc Hermiono. Byłaś nieoceniona ... i...
- Nie ma sprawy. Harry. Cieszę, się, że mogłam pomóc. Widzimy się jutro na urodzinach Ginny. Wpaść po ciebie, jak będę się tam wybierać?
- Będzie mi bardzo miło, jak to uczynisz.
- Dobrze, wiec będę u Ciebie o siedemnastej. To do jutra – po tych słowach Hermiona pocałowała Harry’ego w policzek i się aportowała.
Następnego dnia, jedenastego sierpnia, Harry zjawił się w Norze punktualnie o godzinie 17:15. Został przywitany przez państwo Weasley i ich najmłodszą córkę, Ginny. Jego dziewczyna była ubrana w tą samą suknię co na balu, na którym świętowano upadek śmierciożerców. Potter ubrał się w garnitur. Na siedemnaste urodziny Ginny przybyła prawie cała jej rodzina, na czele z ciotką Muriel, przybył Neville z babcią, Luna z ojcem, Hermiona
z rodzicami, i Harry. Jego uczestnictwo było głównym tematem rozmów, jakie inicjowała ciotka Muriel.
- Nie mówiłaś, Ginewro , że Twoim chłopakiem jest sam Harry Potter – zagadnęła.
- Wyleciało mi z głowy, ciociu – ruda dziewczyna puściła do swego ukochanego oko.
- Słynny Potter... Wybraniec... Pogromca Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać...
- Pani wybaczy, ale nie pokonałem go sam... Hermiona, Ron, Neville, Luna, Ginny oraz wiele innych osób mi pomogło – Harry starał się nie dopuścić, by imprezę zamienić
w peany na jego cześć.
- Widzisz ciociu, jestem słynny – zagadnął Ron z pełnym uśmiechem – wiesz, opisuję teraz dla Proroka Codziennego swoje wspomnienia...
- O czym? Jak moczyłeś łóżko? – zapytał Fred, który nie wiadomo jak znalazł się obok młodszego brata.
- Zamknij się – burknął rudzielec – to tajemnica. Dowiesz się, jak wyjdzie pierwszy numer, a dokładnie...
Harry nie dowiedział się jednak kiedy wspomnienia Rona zostaną opublikowane, gdyż Ginny wykorzystując chwilę nieuwagi swojej ciotki pociągnęła go w stronę swojego najstarszego brata.
- Witaj, Bill, witaj Seleno. – Potter podał rękę bratu swojej ukochanej.
- Cześć Harry – mężczyzna wyszczerzył do niego zęby – widzę, że moja siostra wybrała sobie ostatecznie chłopaka.
- Nawet dobrze wybrała – Selena powiedziała odrobinę warczącym głosem.
- Też tak uważam – powiedziała Ginny, i złapała bruneta za rękę.
- Planujesz ślub? – zapytał Bill, a jego ton był już poważny.
- Tak, ale wpierw musimy oboje ukończyć szkołę – zaczął Harry, ale przerwał mu donośny głos pani Weasley.
- Ginny, otwórz prezenty, a potem kolacja!
Ginny poszła otwierać prezenty, otrzymując wiele rzeczy, w większości kobiecych. Prezent od Harry’ego wywołał furorę, a spojrzenia jej braci, jakie rzucali na błyskawicę, mówiły wszystko. Ruda dziewczyna był zachwycona z prezentu i pocałowała swojego wybranka w policzek. Po odpakowaniu wszystkich podarków, pani Weasley poprosiła wszystkich do stołu. Jubilatka usiadła w środku, między ciocią Muriel, a Billem. Harry usiadł mniej więcej naprzeciwko, za sąsiadów miał zaś pana Weasley’a i Lunę Lovegood. Urodzinowy tort był ogromny i starczył dla wszystkich. Gdy wszyscy zajmowali się smakołykami, przygotowanymi przez panią Weasley, jej mąż postanowił skorzystać
z gwaru jaki panował i zagadnął siedzącego obok chłopaka.
- Słyszałem, że spotkałeś się z Antaresem Monocerosem?
- Tak... Mówił, że ma testament dla mnie... Ale nie sprecyzował, bo nie ukończyłem szkoły... I nie powiedział, co otrzymałem.
- Testament... tak, Monocerosowie się tym zajmują od pokoleń - powiedział pan Weasley, ale Harry mu przerwał.
- Panie Weasley, tak sobie pomyślałem... Czy może Antares jest śmierciożercą? Ten testament, ma może mnie zabić....
- Nie, Harry, Antares Monoceros nie jest śmierciożercą.
- Skąd pan wie?
- Nie wiem, Harry. Jednak znam trochę historii... I posiadając tę wiedzę mogę stwierdzić, że istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, że młodzieniec, z którym rozmawiałeś, spiskuje przeciw tobie i czyha na twoje życie, by pomścić Sam-Wiesz-Kogo. Jednak inne rzeczy są podejrzane. Fakt, że wezwał cię do siebie, nie zaskakuje, pamiętając, że rodzice i Syriusz zostawili ci sporo rzeczy w testamencie. Jednak to, że nie mógł ci wyjawić niektórych jego zapisów przed ukończeniem przez ciebie szkoły jest dziwne... Obawiam się, że może to oznaczać...
W tym momencie pojawiła się Ginny, która z uśmiechem porwała Harry’ego w taniec. Brunet tańczył z nią szybkie kawałki, a na wolniejszym utworze, kiedy obydwoje byli do siebie przytuleni, wyszeptał jej do ucha, że ostatnia część prezentu czeka u niego. Zabawa trwała w najlepsze, ale w końcu nadeszła ta godzina, w której Molly Weasley uznała, że to właściwy czas na jej koniec. Potter opuszczał urodziny jako jeden z ostatnich, po pomocy w czyszczeniu miejsca zabawy. Brunet pożegnał się z państwem Weasley, bliźniakami (Ron tajemniczo i bez słowa znikł w połowie przyjęcia, wywołując irytację Hermiony) i następnie z samą Ginny, delikatnie całując ją w usta i aportował się do domu.
Następnego dnia, niespodziewanie w domu Harry’ego zjawiła się Ginny. Wybraniec z tajemniczym uśmieszkiem wręczył dziewczynie ostatni prezent, jaką było kilka kompletów bielizny. Ruda na ten widok uśmiechnęła się zalotnie i zbliżyła się do swojego chłopaka.
- Chcesz mnie w tym zobaczyć? – wyszeptała, po czym pocałowała namiętnie, lecz krótko bruneta i wyszła bez odpowiedzi do drugiego pokoju, trzymając w ręku ostatni element prezentu, zostawiając Harry’ego siedzącego na krześle i oczekującego na show.
Rozdział 6.Ślub i Chrzciny.
Ulica Pokątna wyglądała jakby zbliżał się karnawał. Upadek Lorda Voldemorta skłonił wszystkich sklepikarzy do przystrojenia swoich lokali kolorowymi flagami, wstążkami, czy nawet serpentyną. Niektórzy ozdobili swoje kramiki podobiznami bohaterów wojny ze Śmierciożercami. Najczęściej powtarzały się twarze Pottera
i Dumbledore’a, choć kilkakrotnie udało się dostrzec twarze przyjaciół Harry’ego i członków Zakonu Feniksa. Ulica jak zwykle pełna była czarodziejów i większość wylewnie pozdrawiała idącą grupkę, na której czele paradował dumnie wysoki rudzielec.
Chłopiec z blizną szedł spokojnie w otoczeniu rodziny Weasleyów. Zachowanie jego najlepszego przyjaciela, który obnosił się ze swoją sławą, zaczynało go powoli żenować. Idącą z nim pod rękę Ginny chciwość zaszczytów brata śmieszyła, jednak Hermiona nie potrafiła ukryć swej irytacji, gdy jej chłopak starał się przyciągnąć uwagę wszystkich mijanych osób. Rodzice Rona nie zważali na zachowanie syna, dyskutując zawzięcie z państwem Granger. Harry zauważył, że matka jego przyjaciółki posyłała niechętne spojrzenia w stronę najmłodszego z braci Weasley’ów.
Pierwszym ich przystankiem był sklep Madame Malkin. W jej lokalu spędzili około półtorej godziny, przymierzając i wybierając odpowiedni strój. Harry szybko zdecydował się na nową czarną szatę, dokupując także dzięki sugestii pana Weasley’a jeszcze jedną - elegancką i szykowną, ale jednocześnie dystyngowaną. Dziewczyny przebierały
w wieczorowych sukniach bardzo długo, nim się na coś zdecydowały, jednak wszystkich przebił Ron, który nie mógł zdecydować się na żaden ubiór, wybrzydzając przy tym jak rozkapryszona księżniczka. W końcu jego matka straciła cierpliwość, ofuknęła syna
i zapowiedziała, że sama wybierze mu szatę. Rudzielec wówczas porwał najbardziej fircykowatą ze wszystkich możliwych i poleciał ją zakupić. Harry był pewien, że po tym incydencie to, co ujrzał na twarzy mamy Hermiony, było niczym innym jak czystym przerażeniem.
Księgarnia „Esy i Floresy” jak zwykle miała potrzebne książki do kontynuowania nauki w Hogwarcie, a kolejne sklepy pozwoliły dokupić nowe kociołki oraz potrzebne na lekcje przybory i składniki. Po długich namowach przyjaciół, Harry zdecydował się zakupić nową sowę. Po dokonaniu wszystkich niezbędnych zakupów, przyjaciele zdecydowali się pójść odwiedzić sklep bliźniaków, a ich rodzice postanowili odprężyć się w Dziurawym Kotle. Już na ulicy, młodzież opuścił Ron, który powiedział, że musi wpaść na chwilę do „Proroka Codziennego”, by omówić szczegóły wydania swoich wspomnień. Zdenerwowana zachowaniem swego chłopaka Hermiona przyspieszyła tak kroku, że Harry i Ginny musieli podbiec, by się z nią zrównać.
Sklep Freda i George’a wyglądał okazalej niż zwykle. Bliźniacy przyozdobili go karykaturami Śmierciożerców, które były jednocześnie śmieszne i straszne. Potter sam był świadkiem, jak jedno z dzieci po ujrzeniu twarzy Bellatrix rozpłakało się. Nie mógł się jednak dłużej rozglądać, gdyż dziewczyny dziarsko weszły do środka.
W „Magicznych Dowcipach Weasley’ów” panował spory ruch. Najwięcej było młodych czarodziejów, którzy z ogromnym zainteresowaniem oglądali oferowane przez braci przedmioty, po czym z wypiekami na twarzy je kupowali. Bliźniacy uwijali się między klientami, demonstrując działanie swoich wynalazków i inkasując od nich pieniądze. Pomagała im młoda pracownica, Verity, która jako pierwsza dostrzegła przybyszów. Zawołała zatem jednego z bliźniaków, ten zaś szybko wyszedł na powitanie swym przyjaciołom, jednocześnie demonstrując działanie jednego ze swych specyfików podekscytowanym nastolatkom.
- Hej, ludzie! Fajnie, że wpadliście, zaraz do was podejdę ... A ten detonator pozorujący działa następująco: wpierw upuszczasz, detonator znika, następuje ogromny hałas gdzieś dalej od ciebie, czym odciąga od ciebie uwagę. Bierzesz?
- Pewnie – odpowiedział mały chłopiec w fioletowej pelerynie.
- Super – odpowiedział jeden z bliźniaków, pobierając od malca pieniądze, jednocześnie zwracając się do nastoletniej czarownicy – ten eliksir miłosny jest naprawdę skuteczny, działa do 24 godzin...
- To prawda – powiedział Harry – jak mój przyjaciel raz się tego napił, to podziałało tak na niego, że....
- Mój boże, to Harry Potter – powiedziała nastolatka, a gdy się odwróciła chłopiec
z blizną zrozumiał swoją pomyłkę. Była to bowiem Romilda Vane, dziewczyna, której intryga spowodowała, że Ron wypił jej eliksir, przeznaczony dla niego.
- Eeee... Cześć, Romildo... – powiedziała pewnym siebie głosem Ginny. Jej uśmiech był tak złośliwy, że każde co inteligentniejsze zwierzę uciekłoby, gdzie raki zimują (4) – mam nadzieję, że nie kupujesz eliksiru, by znów próbować uwieść Harry’ego. Bo jak wiesz, to mój chłopak...
- Nie, nie, nie ... – bąknęła Romilda, sygnalizując gestem, że nie chce już kupić eliksiru – to ja już pójdę, miło było cię zobaczyć, Harry... No i was, Hermiono... Ginewro...
- Wzajemnie – odpowiedział Harry do pustego miejsca po dziewczynie, która szybko uciekła ze sklepu. Obserwujący w milczeniu całe zajście jeden z właścicieli wybuchnął śmiechem.
- Hehehe... Nieźle sobie z nią poradziłaś, młodsza siostro – komplementował rudą straszy brat – Witaj Harry... Hermiono – po czym odwróciwszy się w stronę lady zakrzyknął – George, idę porozmawiać z nimi, niedługo wracam!
- Nie chcemy zabierać wam dużo czasu, taki ruch macie... – zaczął Harry, ale Fred uciszył go gestem. Poprowadził ich na tył sklepu, gdzie mogli porozmawiać niewidziani przez nikogo.
- Zawsze chętnie cię przyjmiemy w naszym sklepie Harry, mówiłem ci to kiedyś – zaczął bliźniak, po czym przyjrzał się uważnie zgromadzonym – a tak właściwie, gdzie się podział nasz sławny Ronald?
- Poszedł do „Proroka Codziennego”, by podyskutować o swoich wspomnieniach – parsknęła gniewnie Hermiona – co za dureń!
- Nie chciał odwiedzić braci, nasz mały Ronuś... – powiedział Fred, a w jego oczach zapaliły się złośliwe ogniki – Trudno. Doszły nas słuchy, że i w tym roku ma być
u was ciekawie...
- Czemu ma być ciekawie, kochany braciszku? – zapytała Ginny robiąc niewinną minkę.
- Dowiesz się w swoim czasie, kochana siostro. – bliźniak odpowiedział jej tym samym gestem – Sądzę, jednak, że powinno wam się spodobać. Tata wam powiedział, byście kupili odświętne stroje?
- Kupiliśmy, ale co właściwie – zaczęła Hermiona, ale Fred szybko jej przerwał.
- A Billowi wybraliście już prezent?
- Ja wybrałam, ale nie wiem co Harry...
- Jeszcze nie wiem, może po prostu dam im sporo pieniędzy, tak myślałem – odpowiedział brunet w okularach, po czym spojrzał poważnie na rudzielca – Fred, możesz mi powiedzieć, co będzie się działo w tym roku w Hogwarcie?
- Niestety nie mogę wam popsuć niespodzianki – odpowiedział poważnie bliźniak, który przestał się uśmiechać – ale zapewniam cię, Harry, że nic ci nie grozi.
W gruncie rzeczy dla kogoś o twoim żywym i ryzykanckim usposobieniu to co szkoła wam zaproponuje, wyda się pewnie nudne. Jednak, moim skromnym zdaniem...
- Panie Fredzie, pan George prosi o pomoc. – Verity pojawiła się przed nimi, cała zadyszana – Czy pan...
- Idę Verity, idę – odpowiedział rudzielec, machając do dziewczyny, na znak że zrozumiał – miło się gawędziło, ale robota wzywa. Pogadamy na ślubie, popijemy nie Harry?
- Fred – powiedziała Ginny marszcząc brwi zupełnie jak swoja mama.
- Dobrze mamo, żartowałem – odpowiedział z uśmiechem bliźniak i zniknął w sklepie.
Cała trójka spotkała się na zewnątrz z rodzicami Ginny i Hermiony. Ron ciągle nie wracał, więc wszyscy razem zdecydowali się go poszukać. Po chwili jednak Granger przypomniała sobie o czymś ważnym do zrobienia w domu i zawróciła wraz ze swymi opiekunami. Kiedy wreszcie udało się spotkać najmłodszego z braci Weasley’ów, Harry pożegnał się ze swoją przyszywaną rodziną i powrócił do domu.
Po kilku dniach Harry ubrał się w odświętny strój, który zakupił na specjalną okazję. Zapytany o opinię Stworek zaczął piać z zachwytu na temat wyglądu Pottera, również Mrużka wyraziła pozytywną opinię, choć chłopiec zdecydował się nie brać jej do końca serio, jako że była pijana (5). Wypuścił z klatki nową sowę, Valkirię, by sobie polatała na czas swojej nieobecności. Upewnił się, że zabrał wszystko co potrzebował i aportował się do Nory.
W domu rodzinnym Weasley’ów zgromadziła się już większość zaproszonych gości. Nora zmieniła się nie do poznania. Pani Weasley wykonała świetną robotę, dekorując posiadłość z okazji ślubu syna. Najbardziej imponujące wrażenie sprawiała altanka, jaka stanęła w ogrodzie. Harry dostrzegł wielu gości, jednak była narzeczona Billa, Fleur Delacour, nie pojawiła się. Potter usiadł w środku ław przeznaczonych dla gości. Na lewo od niego usiedli bliźniacy, którzy przyszli na uroczystość z Angeliną Johnson i Alicią Spinnett, za nimi usiadł Lee Jordan z osobą towarzyszącą. Po prawej stronie Harry’ego zasiedli Luna
i Neville. Hermiona z Ronem usiedli w pierwszej ławie, choć chłopcu z blizną zdawało się, że jego przyjaciółka nie jest z tego faktu zadowolona. Harry dostrzegł wiele znajomych twarzy, nade wszystko członków Zakonu Feniksa, w tym Hagrida, który cicho stanął za ostatnim rzędem.
Ceremonię prowadził niewielki i łysy czarodziej, który spokojnie z uśmiechem na twarzy oczekiwał pojawienia się panny młodej. Pan młody rozglądał się niecierpliwie, zagadując od czasu do czasu swego brata i świadka, Charliego. W końcu jego wybranka wyszła, ubrana w piękną, błękitną suknię. Prowadził ją Arthur Weasley, a za nią jako druhna szła ubrana w cudowną sukienkę Ginny. Harry’emu serce mocniej zabiło na ten widok. Patrzył urzeczony, jak piękna jest jego dziewczyna. Młody czarodziej rozpoczął ceremonię.
- Zebraliśmy się tutaj, by przypieczętować formalnie i magicznie miłość, jaka łączy tych dwoje. W tych już spokojnych od terroru czasach, William Arthur Weasley oraz Selena Moonlight zdecydowali się połączyć węzłem małżeńskim. Niech więc tak się też teraz stanie.
Uroczystość trwała jeszcze trochę, aż młodzi powiedzieli sobie „tak”
i pocałowali się, tym samym oznajmiając wszystkim zebranym, że bardzo się kochają. Po wręczeniu upominków młodej parze (Harry dał kopertę z wypisaną kwotą i potwierdzeniem
z banku Gringotta, że odpowiednia suma pieniężna została przekazana na konto Billa), zaczęło się huczne wesele. Potter usiadł przy stoliku wraz z innymi młodymi gośćmi, między Ginny a Luną. Kiedy już zaczęły się tańce, Harry wyszedł na parkiet wraz ze swoją dziewczyną. Tuląc się z rudaskiem, chłopiec nachylił się do ucha swej wybranki i wyszeptał:
- Wyglądasz przepięknie.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała tylko przylgnęła mocniej do ciała chłopaka. Oboje następnie poszli do ogrodu, gdzie w romantycznej scenerii – zachodzie słońca – długo
i namiętnie się całowali. Przyjęcie trwało do białego rana, a Harry poza jeszcze kilkoma tańcami poświęconymi Ginny, znalazł się na parkiecie z Hermioną, Luną, panią Weasley, Angeliną, Alicią i oczywiście z panną młodą – Seleną. Wszyscy bawili się wyśmienicie.
Dwa dni później, już w mniejszym gronie, odbyła się kolejna uroczystość. Tym razem w jej centrum znajdował się Potter, jednak to nie on był najważniejszą osobistością ceremonii. Głównym aktorem był bowiem Teddy Lupin, syn Remusa i Tonks. Ceremonię znów prowadził mały, łysy i gruby czarodziej. W przeciwieństwie do ślubu Billa i Seleny, atmosfera była poważniejsza. Chłopiec z blizną stał przed mężczyzną, trzymając noworodka na rękach.
- Zebraliśmy się tutaj, by ochrzcić Teda Remusa Lupina. Z żalem jestem zmuszony stwierdzić, że na dzisiejszej uroczystości brakuje jego rodziców. Remus John Lupin
i jego żona Nimfadora z domu Tonks, zginęli bohaterską śmiercią w walce przeciwko Sami-Wiecie-Komu. Pozostawili po sobie nie tylko pamiątkę w sercach najbliższych. Poza naszymi wspomnieniami oboje zostawili trwałą pamiątkę w postaci swojego syna, któremu właśnie dziś, dwudziestego piątego sierpnia 1998 roku, przypadł dzień, w którym odbędą się jego czarodziejskie chrzciny. Ojcem chrzestnym Teda Remusa Lupina, syna Remusa został, z własnej nieprzymuszonej woli, Harry James Potter, syn Jamesa. Tedzie Remusie, czy deklarujesz się prowadzić życie w zgodzie z kodeksem czarodziejów?
- Tak zgadzam się – odpowiedział za malca jego ojciec chrzestny, a z różdżki czarodzieja prowadzącego ceremonię wystrzelił pierwszy snop światła, który oplątał chłopaka.
- Czy Ty, Harry Jamesie Potterze, deklarujesz się pilnować, by Ted Remus Lupin prowadził godne życie i został wychowany na porządnego i sprawnego czarodzieja?
- Tak, deklaruję się – z tymi słowami drugi snop światła oplótł chłopaka.
- Harry Jamesie Potterze, czy obiecujesz wykonywać obowiązki ojca chrzestnego bardzo rzetelnie, dbać o swojego podopiecznego zarówno w sposób psychiczny, fizyczny jak i finansowy, oraz pomagać w każdej sytuacji, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba?
- Obiecuję – po tych słowach trzeci snop światła oplótł Pottera, a mały czarodziej wypowiedział cicho jeszcze jedno zaklęcie, które je kompletnie zjednoczyło.
- Dziękuję Ci Harry – powiedziała Andromeda Tonks do chłopaka z blizną odbierając od niego małego Teddy’ego, który smacznie spał. Włosy dziecka zmieniły kolor na fioletowy.
Głupkowate komentarze odautorskie:
(1) Nierozsądne, tuczyć własną dziewczynę, mości Harry...
(2) Davida Bowie za czasów Ziggy’ego Stardusta; dziwne, że go nie znał. Ignorant jeden. Harry, nie David.
(3) Nie wiem czy zauważyliście, ale wszyscy spiskowcy przed swoimi niecnymi działaniami popijali spokojnie herbatkę. Ten staruszek nie jest ważny dla fabuły, słowo autora, ale i tak go będziemy podejrzewać. Nie pił przecież tej herbaty bez powodu, ciepły dzień był. Na pewno jakiś szpieg. Z krainy Deszczowców.
(4) A przynajmniej tak się mówi. Nie wiem nawet, czy raki zimują. Pewnie nie, tylko uciekają w cieplejsze morza. Niedźwiedzie zimują. Borsuki też. I zapewne również... Hm... chyba znów zbaczam z tematu...
(5) Wypiła 3 butelki piwa kremowego. A przynajmniej tak twierdziła na torturach, jakie zaaplikował jej Sturmbannführer (wcześniej Feldkurat) Otto Katz.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum